Tajlandia-Agape

Po kilku miesiącach podróży dotarłem do miejscowości znajdującej się dokładnie na granicy Tajlandii i Birmy,Mae Sot.I jeszcze przed rozpoczęciem podróży wyznaczyłem sobie to miejsce jako priorytet. Głównym powodem mojego przyjazdu nie było przekroczenie granicy z Birmą lecz odwiedziny w sierocińcu dla dzieci z Birmy przebywające w Tajlandii na uchodźstwie.Zostało mi jeszcze odlezienie placówki jednak problem polegał na tym że znałem tylko nazwę placówki „Agape” ,a miejscowi nie za bardzo orientowali się co to jest i gdzie to jest.Szukałem i wypytywałem pół dnia lecz na próżno! Znalazłem kafejkę internetową,i dało się skontaktować z wolontariuszem który jakiś czas temu tam był w odwiedzinach.Adresu nie posiadał a mógł mi jedynie napisać jak mam iść żeby dotrzeć do sierocińca.Stworzyłem sobie mapę z tego co mi powiedział i ruszyłem szukać.
Mając szczegółowe informacje bez problemu znalazłem sierociniec,stał na uboczu całkowicie po za miejscowością otoczony przez bujną roślinność,i tylko się pojawiłem przykułem uwagę dzieci.Po chwili pojawił się opiekun placówki i udałem się z nim na rozmowę.Dzieci nie odchodziły ode mnie na krok , i choć początkowo tylko obserwowały to z czasem były co raz śmielsze,aż po kilkunastu minutach dosłownie miałem je wszystkie na kolanach.

Wejście do sierocińca

Wystarczyła chwila ,i byłem oblegany przez dzieci

Rozmawiałem z opiekunem o tym co mnie sprowadza do sierocińca i na wstępie mu objaśniłem że chciałbym pomóc jak to tylko możliwe czy to coś naprawić,sprzątać lub nawet uczyć czegoś dzieci.Oczywiście nie zapomniałem powiedzieć o projekcie „Piłka dla dziecka”. Dostałem wolną rękę czyli mogłem zajmować się tym co uważam za słuszne ,co mnie niezmiernie cieszyło bo w zasadzie nie miałem wcześniej pojęcia czy w ogóle będę mógł wejść na teren sierocińca a tu niespodzianka w dodatku mogłem tam mieszkać ile tylko będę chciał.Tylko przez czas rozmowy z opiekunem otaczała mnie grupka ciekawskich dzieci jednocześnie rozmawiałem mając je wszystkie na sobie. Zrobiły mi śniadanie i widziałem,że już nie mogą się doczekać aż skończę rozmawiać,i będę mógł poświęcić im więcej uwagi.Rozmawiałem z opiekunem o najdrobniejszych sprawach sierocińca,jak wygląda obecnie sytuacja,jak wyglądała oraz jaka jest sytuacja przebywających tam dzieci.Chwile później mogłem już zobaczyć sierociniec, i jak wygląda tam życie dzieci oraz w jakich warunkach mieszkają.Umiejscowiłem się w niezamieszkałym baraku obok mieszkających chłopców,ale długo tam nie zagościłem bo zaraz przyszli po mnie dzieci i bardzo chciały żebym mieszkał z nimi.

Warto wspomnieć że sierociniec ma za sobą swoje lata świetności ,stacjonowało tu mnóstwo wolontariuszy przyjeżdżający dosłownie z całego świata.Fundowali oni stojące tu baraki i jednocześnie budowali je ogólnie opiekowali się całym sierocińcem.Co ciekawe każdy budynek ma wypisane kto jest fundatorem.Generalnie sierociniec był jednocześnie domem i szkołą dla dzieci więc wszystko miały na miejscu.Miał się nimi kto zajmować bo wolontariusze byli jednocześnie nauczycielami i opiekunami.Ośrodek był zadbany i był budowany z perspektywą długoterminową.Sama atmosfera była zupełnie inna bo przebywało wtedy więcej dzieci i więcej się działo za sprawą właśnie wspominanych wolontariuszy ,więc dzieci miały co robić,a w tym momencie jest jeden opiekun.Będę szczery ale za dużo to on nie poświęca im czasu.Z racji tego że w sierocińcu nie istnieje już szkoła dzieci muszą dojeżdżać do szkoły znajdującej się w Mae Sot, a dzieli je od tego kilka kilometrów.
Większość budynków jest zamkniętych z tego powodu że nie ma na tyle dzieci bo zostały przeniesione do innych placówek no i wcześniej służyły jako klasy w których prowadzone były lekcje.

Każde z dzieci chce być zauważone

Biuro ufundowane przez wolontariuszy z New Jersey

Najmłodsze dzieci głównie muszą same sobie organizować czas,i nie ma co ukrywać głównie nudzą się całymi dniami jak wracają ze szkoły bo nie mają ani zabawek ani czegoś co mogłoby im zapełnić wolny czas.Troszkę inaczej wygląda sprawa ze starszymi chłopakami w wieku 14-16 lat.Oni wolny czas spędzają grając na gitarze,słuchają piosenek na komórkach oraz granie w piłkę nożną.Zaraz po przyjeździe obdarowałem ich nową dobrą piłką,którą wiozłem z Polski zatem mieli w końcu czym grać bo mieli stare piłki,co już nie nadawał się do grania.Rozegraliśmy razem wspólny mecz na pobliskim placu graliśmy w deszczu nikomu nie przeszkadzało że deszcz nie odpuszczał,i wróciliśmy przemoczeni do suchej nitki.
Kilka razy w tygodniu prowadzone są nauki gry na gitarze, i pianinie do tego zjeżdżają się dzieci z innego sierocińca, i wspólnie spędzają czas.W tym czasie starsze dziewczynki przyrządzają jedzenie dla wszystkich.

Nauka gry na gitarze w świetlicy

Wspólne granie

Pozujemy do zdjęcia

Będąc tych kilka dni w placówce również musiałem zorganizować sobie czas żebym nie umarł z nudy.Głównie miałem czas na odpoczynek od ciężkiego plecaka ponad to mogłem nadrobić zaległości na blogu,ale głównie chciałem spędzić ten czas z dziećmi.M.in udało mi się zrobić lekcję geografii z najmłodszymi, pokazywałem zdjęcia zrobione w podróży lub robiliśmy sobie zdjęcia,a tu akurat dzieci uwielbiają pozować oraz robić zdjęcia.Bywało że nie wiedziałem co dzieje się z moim aparatem czy komórką bo dałem dzieciom i gdzieś zniknęły.One po po prostu chodziły gdzie się da i robiły zdjęcia wszystkiego.Za każdym razem wracały uśmiechnięte,i aparat był w jednym kawałku.

Mój ulubieniec

Wieczorami kiedy już wszyscy powoli szli spać przychodziły do mnie najmłodsze dzieci po prostu ze mną posiedzieć,i widać jak dzieci potrzebują ciepła rodzinnego którego tam zdecydowanie brakuje.Patrząc na to wszystko z boku te dzieci nie mają nic po za nadzieją że będzie lepiej choć nawet pewnie o tym nie myślą. Po prostu żyją z dnia na dzień który każdy wygląda tak samo. Najstarsi trzymają się głównie ze sobą , i tak samo najmłodsi , chłopcy z chłopcami i dziewczynki z dziewczynkami.

Rodzice przyjeżdżają z Birmy do Tajlandii bywa że nielegalnie oczywiście głównym powodem jest poszukiwanie lepszego życia. Z tym że główną przeszkodą do zrealizowania marzenia o godnym życiu stają dzieci.Brzmi to strasznie i egoistycznie co gorsze rzeczywiście takie coś ma miejsce i dzieci są zostawiane w takiego typu miejscach,i sami wyjeżdżają do wielkich miast takich jak Bangkok oddalone o setki kilometrów.Schemat zawsze wygląda tak samo,rodzice zapewniają że zostawiają dziecko na kilka tygodni jednak nie wracają już nigdy!!! Raz jedyny zdarzyło się w całej historii sierocińca że rodzice wrócili po dziecko,jest kilka dzieci do których rodzice dzwonią raz na pół roku i tylko na tym się kończy.

:((

W takich warunkach nocują najmłodsi , w dodatku moskitiery są dziurawe i owady bez problemu je kąsają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »