Pakistan- Jak wylądowałem w Pakistańskim więzieniu.

Jak dotąd cały pobyt w Pakistanie przebiegał idealnie. Cieszyłem się z każdego spędzonego tam dnia. Miesiąc podróżowania sprawił że dosłownie zakochałem się w tym kraju. Historia którą opisuję miała miejsce już w ostatnie dni pobytu na terenie Islamskiej Republiki tym samym za parę dni miałem znaleźć się na przejściu granicznym i zawitać w Indiach! Jednak zanim do tego doszło spotkała mnie taka sytuacja.

Z poznanym wcześniej Davidem z Włoch spędziliśmy w stolicy Pakistanu, Islamabadzie dwa dni. Oczekiwaliśmy na wydanie wizy Indyjskiej i chcieliśmy wspólnie wjechać do Indii. To było czymś naturalnym po tylu wspólnych dniach spędzonych razem w Pakistanie. Gdy formalności dobiegły końca niemal od razu ruszyliśmy w drogę. Od jedynego otwartego przejścia granicznego z Indiami dzieliło nas jeszcze ponad 350 kilometrów a ważność wizy Pakistańskiej kończyła się za 3 dni. Jak na autostopową formę całkiem niedaleko a mnóstwo czasu. Priorytetem było tylko dojechać do Lahore skąd już praktycznie mielibyśmy kilkanaście kilometrów do granicy. Korzystając z okazji mogliśmy odwiedzić tam Waqara którego poznałem trzy tygodnie wcześniej w Islamabadzie i tego planu się trzymaliśmy.

Opuściliśmy Islamabad i na kilka krótszych złapanych okazji mieliśmy już mniej więcej połowę drogi do Lahore. Pozwoliło to realnie myśleć żeby zawitać tam jeszcze tego dnia. Niestety utknęliśmy w jednym miejscu na dłużej. Staraliśmy się złapać cokolwiek nawet wolne jak rower pakistańskie ciężarówki ale szczęście nie dopisywało. Dopiero po dłuższym czasie trafił nam się złoty strzał bo zabrała nas rodzina jadąca do samego Lahore. Idealnie!

Wszystko przebiegło wzorowo. Jechaliśmy do Lahore i wydawało się że niedługo będziemy u celu choć jasne było że dotrzemy tam już gdy zapadnie noc. Wobec takiego obrotu sprawy postanowiliśmy nie wjeżdżać do samego miasta a jedynie wysiąść przed zanim zaczną się przedmieścia i na spokojnie znaleźć miejsce na rozbicie namiotów. Plan był dobry, więc co mogło pójść nie tak?

Otóż wszystko posypało się ponieważ droga ciągnęła się w nieskończoność. Był to ostatni dzień obowiązującego ramadanu więc rodzina która zabrała nas z drogi po zmroku zatrzymała się na parkingu by celebrować zakończenie muzułmańskiego postu. To znacznie opóźniło nasz przyjazd do Lahore. Gdy byliśmy już ponownie w drodze obydwoje z Davidem usnęliśmy a kierowca obudził nas gdy wjeżdżaliśmy do miasta.

Trudno, coś wymyślimy, pocieszaliśmy się. Jadąc powolutku wpatrywaliśmy się przez szybę co dzieje się na zewnątrz samochodu. Mimo że było już bardzo późno to ulice żyły w ekstremalnej formie. To akurat było zrozumiałe bo koniec ramadanu jest czymś niezwykłym w Islamie. Dosłownie tłumy ludzi przebywały na ulicach by świętować. Ruch uliczny praktycznie wlókł się między świętującymi. To wyglądało jak uliczny festyn! Dosłownie.

Na brzegach ulicy ciągnęły się wzdłuż sklepiki oraz oblegane knajpki. Wysiedliśmy z samochodu, i dopiero doszło do nas w jak beznadziejnej sytuacji się znaleźliśmy. Krzyk ludzi, i nieustanne trąbienie pojazdów potęgowały całe to zamieszanie. Co chwilę ktoś coś od nas chciał, nie mogliśmy stanąć chociażby na chwile bo momentalnie gromadziła się wokół nas ogromna ilość ciekawskich ludzi. Byliśmy tam obiektem niesamowitego zainteresowania. Bo skąd nagle znalazło się tam dwóch białych przybyszów z Europy? Proponowali nam taksówkę, a naganiacze odwiedziny w knajpce a wszystko w nachalny sposób. Niejednokrotnie musiałem ostrzej reagować bo ktoś łapał mój czy też Davida plecak, i ciągnął w swoją stronę. Trzymaliśmy się naprawdę blisko bo chwila nieuwagi, i byśmy się nawzajem zgubili.
Zrobiliśmy około 100 metrów przeciskając się w tym harmiderze. W końcu weszliśmy na schody prowadzące do jednej z knajpek, i szczęka mi opadła.
Patrzyłem w przód a nad ulicą unosiły się kłęby pyłu. W tym wszystkim próbowałem dostrzec gdzie znajduje się koniec tego gwaru. Ale ciągnęło się to w nieskończoność. Szybko przekalkulowaliśmy sytuację i nie było sensu iść dalej. W tamtym momencie były dwa wyjścia. Albo cofnąć się na obrzeża miasta choć wiadomo że nie była to mała odległość lub wziąć pokój w hotelu. W zasadzie jeszcze była trzecia by skontaktować się z znajomym dla którego tam przyjechaliśmy ale bo było tak nierealne w tamtej sytuacji że szybko sobie odpuściliśmy. Druga opcja była najrozsądniejsza i tej chcieliśmy się trzymać.

Ogólnie temat hoteli w Pakistanie jest bardzo skomplikowany. Prawo zakazuje przyjmowania obcokrajowców (z wyjątkiem Hindusów) w zwykłych hotelach. Są one tanie i warunki dobitnie Pakistańskie ale dla nas nie miało to kompletnie żadnego znaczenia. Jeśli chodziło o mnie to uwielbiałem je ale przez te restrykcje trzeba się dobrze nakombinować albo dawać jakieś łapówki. Koszt noclegu maksymalnie w przeliczeniu 2 lub 3 dolary. Niestety właściciele boją się przyjmować takich jak my ponieważ mogą stracić licencję a dodatkowo są to ogromne kary finansowe i prawne. Dla nas są specjalne hotele w których znajduje się ochrona i warunki są takie które rząd narzuca. Nie dość że i tak ciężko je znaleźć bo są to naprawdę renomowane hotele w dobrych dzielnicach to ich cena jest ekstremalnie zaporowa.
Zaczęliśmy się rozglądać za tymi tańszymi hotelami ale to było z góry skazane na niepowodzenie. Gdziekolwiek poszliśmy ciągnęła się za nami chmara ludzi. Nie było mowy o dyskretnym przyjęciu nas w hotelu. Każdy odprawiał nas z kwitkiem. Po kilku nieudanych próbach odpuściliśmy. Wtedy podjęliśmy decyzję która była tylko kwestią czasu. Wracamy na obrzeża miasta! W sumie może i nawet trochę wymusiłem ta decyzje na Davidzie bo on sam nie wiedział co mamy do końca robić. Choćbyśmy mieli iść godzinę dwie, dojdziemy! Był zmęczony i co chwile powtarzałem mu że damy radę, damy radę.
Później to już szliśmy bez słowa jeden za drugim. Ja prowadziłem i co chwile oglądałem się za siebie czy David jest za mną. Po blisko pół godzinie marszu ulice stały się spokojniejsze. Zabudowania już niebyły tak gęste, i dało się odczuć że są to właśnie długo wyczekiwane przedmieścia. W monotonnym marszu rozglądałem się na prawo, i lewo a moim oczom ukazał się nieco z dala od drogi głównej niedokończony budynek. Wiedziałem ze to jest nasze wyjście z sytuacji. Nie raz spaliśmy w różnych mało sympatycznych miejscach wiec i to nie będzie dla nas problemem. Pokazałem Davidowi palcem jednocześnie pytając co o tym myśli. Jemu to było już wszystko jedno bo kiwnął ramionami, a jego twarz miała wyrysowane że jedynie co potrzebuje to snu. Podeszliśmy bliżej tak żeby nikt nas nie widział bo wyglądalibyśmy co najmniej podejrzanie. Wziąłem latarkę, i powiedziałem że idę się rozejrzeć w środku. W tym czasie David czekał z moim plecakiem przed budynkiem.

Wszedłem nieśmiało do środka, i zacząłem rozglądać się po pomieszczeniach. Cały parter był pokryty gruzem zupełnie nie nadawał się żeby spędzić tam noc. Było tak gorąco, i wilgotno że nie byłoby czym oddychać. Starałem się iść bezszelestnie, jakbym się spodziewał że ktoś w tych ciemnych pomieszczeniach może przebywać. Pod nogami strzelał mi gruz i śmieci. Nikogo nie było, ale wyobraźnia nie miała prawa nie szaleć. W promieniu światła latarki dostrzegłem schody prowadzące na górę. Bez zastanowienia wszedłem na kolejne piętro, tam było podobnie więc ruszyłem wyżej. Ostatnie schody już prowadziły na dach. Budownictwo w takich krajach jak Iran czy Pakistan preferuje dachy z płaską powierzchnią dzięki czemu można wykorzystać tą przestrzeń w różny sposób. Świetnie sprawdza się to w czasie lata gdzie zamiast spać w nagrzanych pomieszczeniach ludzie śpią właśnie na dachu. Liczyłem na to że dach będzie odpowiedni żebyśmy mogli rozłożyć chociaż materac i spędzić noc. Stanąłem przy wejściu na dach, i przyświeciłem latarką. Wtedy lekko mnie zmroziło bo zobaczyłem śpiące tam osoby. Momentalnie zgasiłem latarkę, i stałem kilka minut by ocenić sytuacje.

Znajdowało się tam pięć może sześć osób. Jedni leżeli na kartonach inni zaś na prowizorycznie splecionych łóżkach. Chyba bezdomni, pomyślałem. Niechętnie, ale zrobiłem kilka cichych kroków w ich kierunku, i ponownie stałem rozglądając się po całym dachu a był dość sporych rozmiarów. Normalnie trzeba w takiej sytuacji zrobić odwrót i dać sobie spokój. Ale nie wiem czy to kwestia zmęczenia czy świadomość że ciężko będzie znaleźć co innego nie widziałem problemu żeby po kryjomu spędzić tam noc. Oczywiście rozum podpowiadał mi że nie jest to zbyt mądry pomysł, bo nie wiadomo co to za ludzie, i że różnie mogą zareagować jak się przebudzą teraz albo rano. Po prostu przypałowo ale musiałem przedyskutować to z Davidem.

Wróciłem do Davida przedstawiając mu całą sytuację. Trochę kręcił nosem jak usłyszał że ktoś tam jest ale dał się namówić żeby sam ocenił sytuacje. Założyliśmy plecaki, i weszliśmy z powrotem do budynku. Prowadziłem, a za mną krok w krok z tyłu szedł David. Już nie szło się tak dyskretnie bo plecaki co chwile o coś haczyły lub szurały, ale obyło się bez większych problemów. Gdy weszliśmy na ostatnie piętro stanęliśmy obydwoje przy wejściu na dach, ja byłem zdecydowany by właśnie tutaj spędzić noc, ale czekałem co powie David. Stał, i przyglądał się dokładnie tak samo jak ja kiedy pojawiłem się tam za pierwszym razem.
W końcu coś tam wyszeptał, co było równoznaczne z tym że jest chętny by spędzić tam noc. Pokazałem mu palcem żebyśmy przeszli na drugą stronę dachu pod murek. I tak zrobiliśmy, bezszelestnie przemknęliśmy slalomem między śpiącymi tam osobami. Doszliśmy do końca dachu przed nami był półtorej metrowy murek który ciągnął się dookoła. Początkowo chcieliśmy rozłożyć materace właśnie przy nim, ale gdy wychyliliśmy się zobaczyliśmy mała dobudówkę, dosłownie kilka metrów kwadratowych. Na tyle dobra że zmieścilibyśmy się razem. To było o wiele lepsze miejsce choćby z tego powodu że przysłaniało nas w razie jakby ktoś wstał przed nami z osób obecnych na dachu. Minusem było to że wtedy byliśmy widoczni z dachów innych budynków. Zmęczenie było na takim etapie że było mi wszystko jedno byle w końcu położyć się spać. Wcześnie rano, i tak mieliśmy stamtąd zwijać także nie było sensu zaprzątać sobie tym głowy.
Przeszliśmy przez murek i rozłożyliśmy materace, plecak dałem pod głowę, i mogliśmy w końcu odpocząć. Od czasu do czasu zrywał się lekki wiatr niby nic wielkiego, a jednak leżało się przyjemniej bo nie było tak czuć tej duchoty. Chwila, i odpłynąłem.

Obudziły mnie jakieś szmery. Słońce zaczynało wschodzić, i było już w miarę jasno. Mogła być piąta może szósta rano. Początkowo myślałem że któraś że śpiących na dachu osób wstała więc ostrożnie podniosłem głowę lecz tam wszyscy spali. Chyba coś mi się wydawało- pomyślałem. Położyłem się z powrotem, i przekręciłem na bok. Wtedy ujrzałem przyglądającego mi się mężczyznę. Stał dwa, trzy metry niżej na dachu innego budynku tego który akurat łączył się z naszym niedokończonym budynkiem. Machnąłem mu ręką przy okazji uśmiechnąłem się. On zaś wyglądał na mocno zdziwionego, aczkolwiek dostrzegłem mały nieśmiały uśmiech na jego twarzy. Pomyślałem że skoro nic nie mówi to nie widzi żadnego problemu. Chodził zaciekawiony, przyglądał się, a po chwili zniknął. Co prawda mieliśmy opuścić to miejsce o wczesnej porze. Ale byłem mocno niewyspany i nie przyszło mi nawet na myśl by budzić Dawida i się zbierać. W mgnieniu oka usnąłem.

Gdy ponownie trwałem w słodkim śnie nagle obudziło mnie mocne uderzenie w nogę. Zerwałem się, a przed sobą zobaczyłem dwóch policjantów wystających zza murku. Jeden trzymał karabin, i szturchał nim moją nogę. Kompletna dezorientacja! Podniosłem się, zobaczyłem za nimi gromadzącą się grupkę gapiów. Dosłownie zostaliśmy wyrwani ze snu i zaczęliśmy się pakować w popłochu.
Wtedy myślałem że po prostu wygonią nas z tego budynku, i będzie po sprawie. Próbowaliśmy w między czasie wytłumaczyć że nie ma tu żadnego problemu przecież spały tutaj także inne osoby. Jedyne co słyszeliśmy z ich ust to „problem, problem”.
Jeden z gapiów rozmawiał sprawniej po angielsku, i po krótkiej rozmowie z mundurowymi oznajmił nam że wiozą nas do aresztu. Chyba coś źle przetłumaczył. Aresztu!? Nas? Za co? Dziwiliśmy się. To była kompletna paranoja która faktycznie była faktem. Próbowaliśmy dalej przedstawiać nasze argumenty, ale nie dość że nie rozumieli do końca to też nie mieli zamiaru słuchać. Sprowadzili nas na dół, tam czekały już dwa samochody policyjne, a w około spora ilość ludzi ciekawskich całego zajścia. Staraliśmy się zachować zimną krew, to jest pewnie taka procedura. Pojedziemy, wyjaśnimy, i po problemie- Pocieszaliśmy się.

Wrzuciliśmy nasze plecaki na pakę jednego z pojazdów, i czekaliśmy na kolejne polecenia. Pilnujący nas policjant zarazem ten sam który mnie budził zaczął przesuwać nasze plecaki poprzez kopanie ich. Wystarczyło powiedzieć lub pokazać żebyśmy sami to zrobili ale tego nie zrobił. Wylewało się z niego cwaniactwo. Wtedy już wiedziałem że raczej nie przypadniemy sobie do gustu i miałem dobre przeczucie. Nie prowokowaliśmy nawet do takiego zachowania więc niepotrzebnie wprowadzał napiętą atmosferę.
Weszliśmy na pakę samochodu. Obok mnie siedział David, a naprzeciwko nas nasz policyjny „przyjaciel”. Minę miał dosłownie jakby chciał nas zaraz rozstrzelać.

Kiedy ruszyliśmy od razu chciał wymusić krzykiem byśmy mu dali paszporty. Zaczęliśmy mu tłumaczyć że damy, ale dopiero na posterunku. I tak nas nie rozumiał, ale próbowaliśmy. Ewidentnie chciał pokazać jakim on jest wielkim strażnikiem prawa choć za bardzo mu to nie wychodziło. Po prostu był arogancji i co chwile coś do nas gadał domagając się paszportów. Później to już go ignorowaliśmy. On co raz bardziej dawał upust swojej złości która dla nas z oczywistych względów była niezrozumiała. Jego zachowanie w końcu zaczęło mnie irytować do tego stopnia że chciałem mu pokazać że się go nie boje.

Rozsiadłem się wygodnie, i patrzyłem na niego jak on na nas. Tylko czekałem na cokolwiek niestosownego z jego strony. Jestem w stanie zrozumieć głupotę, ale nigdy takiego cwaniactwa. W końcu zaczął machać karabinem przed moją głową, a ja cieszyłem się najbardziej kretyńsko jak tylko potrafiłem co akurat dobrze mi wychodzi. W momencie gdy pchnął mnie karabinem złapałem jedną ręką za lufę, i czekałem na to co zrobi. Zobaczyłem jego reakcje i dosłownie zbaraniał. Próbował wyszarpnąć karabin, ale bez skutku. W mgnieniu oka wywiązała się mała szarpanina do której dołączył nawet David. Nagle hamulec i rzuciło nami w kierunku jazdy. Siedzący w kabinie policjanci wybiegli do nas i zaczęli rozdzielać. Spodziewałem się że cała ta akcja spowoduje że nas spałują lub skują jednak skończyło się na krzykach. Co ciekawe nie były skierowane tylko w naszym kierunku ale i prowokatora zaistniałem sytuacji. Wszystko to działo się przy głównej drodze i mimo wczesnej pory mnóstwo ludzi było świadkami tej sceny. Od tego momentu na pace jechał z nami jeszcze jeden policjant i emocje znacznie opadły.

Dojechaliśmy do czegoś co bardziej przypominało więzienie niż posterunek. W środku znajdowały się tylko parterowe pomieszczenia a wszystko to było otoczone wysokim murem z zasiekami. Ulokowano nas w jednym z pomieszczeń, i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Szybko słońce dało znać o sobie. Na zewnątrz było bardzo gorąco, wręcz upalnie w środku nawet znośnie póki kręcił się zamontowany na suficie wiatrak. Gdy brakowało prądu (a braki w dostawie prądu są na porządku dziennym w Pakistanie) wiatrak zatrzymywał się i od razu robiło się jak w saunie!!! Wtedy pilnujący nas policjant oczywiście ulatniał się zostawiając nas w tej duchocie.

Minęła godzina, dwie, trzy… a my wciąż nic nie wiedzieliśmy. Większość czasu towarzyszył nam ten sam policjant. Pewnie z jednego względu, że rozmawiał najlepiej po angielsku. Siedział, i palił papierosa za papierosem od czasu podpytując o nieistotne rzeczy po czym znikał i tak w kółko.

W końcu doszły do nas pierwsze informacje odnośnie zaistniałej sytuacji a nie były one zbyt dobre. Policjant poinformował nas w normalnej i luźniej rozmowie że możemy być oskarżeni o włamanie. Jednak póki co nic nie zostało nam przedstawione oficjalnie. Dodał że o wszystkim zadecyduje sąd. Także robiło się ciekawie i co raz bardziej absurdalnie. Nie wiem czy to wszystko do mnie to nie docierało ale w ogóle się tym nie przejmowałem. Mogę nawet spędzić we więzieniu miesiąc a nawet dwa- z uśmiechem mówiłem policjantowi by rozluźnić, i tak już napiętą sytuację. I faktycznie nie miałem obaw bo w głębi duszy wierzyłem że jest to zbyt kuriozalna sytuacja żeby była prawdziwa. Byłem pewien że jak tylko będzie nam dane na spokojnie to wytłumaczyć, będzie okej. W tej całej farsie bardziej obawiałem się tego że lada moment kończy mi się Pakistańska wiza. To był dla mnie większy ból i zmartwienie bo gdybym nie opuścił Pakistanu w ciągu dwóch dni mógłbym mieć problem z ponownym otrzymaniem wizy w przyszłości a tego na pewno bym nie chciał.

Po kilku godzinach bezczynnego siedzenia zabrano nam plecaki i przeniesiono do innego pomieszczenia. To już były typowa cela. Jeśli miałbym sobie kiedykolwiek wyobrażać jak może wyglądać cela w takim kraju, wyglądałaby właśnie tak. Obskurne ściany z wyrytymi napisami w ich języku, zapewne dzieło wcześniejszych osadzonych. Z zakratowanych okien i drzwi mieliśmy widok na to co dzieje się na zewnątrz. To było w sumie jedyne i najlepsze zajęcie. Czas się tak dłużył że z ten nudy wyczekiwałem przelatujących samolotów pasażerskich i zastanawiałem się skąd, dokąd lecą.

Jasne było że spędzimy tam najbliższą noc. Dostaliśmy mały prowiant a co jakiś czas ktoś przychodził sprawdzać czy wszystko z nami ok. Następnego dnia o wczesnej porze przyszedł po nas policjant i wróciliśmy do pierwszego pomieszczenia. Kolejne godziny wyczekiwania aż w końcu poinformowano nas że czeka na nas komendant. W ciągu paru minut zameldowaliśmy się u niego w biurze. Na wstępie zostaliśmy tam przywitani bardzo miło. Już na samym początku dało się odczuć jego przyjazne nastawienie w stosunku do nas. Pierwsze o co zapytał to jak się czujemy i czy podoba nam się Pakistan.

My od razu opowiedzieliśmy o naszej autostopowej podróży, i drodze jaką każdy z nas przebył przez co był pod ogromnym wrażeniem. Początkowo nie mógł tego ogarnąć bo jak to autostopem? Tyle kilometrów? Szczególnie było widać na jego twarzy dumę po tym jak w samych superlatywach wypowiedzieliśmy się na temat Pakistanu. I nie były to nasze dyplomatyczne zagrywki żeby miał usłyszeć co chciał. Akurat powiedzieliśmy wszystko obiektywnie jak wspominamy dotychczasowy pobyt w jego kraju. Jeszcze przez długi czas nie poruszał tematu naszego aresztowania pytając tylko, i wyłącznie o kwestie naszej podróży. Bardzo dobrze zadbał o to żebyśmy czuli się u niego swobodnie, i faktycznie tak było. Możliwe że celowo chciał abyśmy obdarzyli go zaufaniem, i bez oporów opowiedzieli co tak naprawdę się wydarzyło.

Gdy przyszedł czas na wyjaśnienia, wyszedł z pokoju i wrócił z plikiem dokumentów. Zasiadł ponownie za biurkiem, przeglądał dokumenty jednocześnie zaciągając się papierosem. Po chwili skupienia wyjawił nam już oficjalnie że zostaliśmy zatrzymani pod zarzutem włamania. Co prawda już to wiedzieliśmy, i czekaliśmy na dalsze szczegóły. Rzucił szybkim okiem na resztę stron po czym zupełnie na spokojnie zaczął pytać jak to wyglądało z naszej perspektywy.

O wszystkim opowiedzieliśmy szczerze bez ukrywania faktów. Wysłuchał naszej wersji i zaczął wyjaśniać że problemem nie było nasze wejście do opuszczonego budynku. Bo faktycznie stwierdził że takich miejsc jest mnóstwo w mieście i śpi tam bardzo dużo ludzi. Aczkolwiek przyznał że, i z tym mogliśmy sobie darować. Cały problem tkwił w tym że weszliśmy na daszek który należał do właściciela położonego kilka metrów niżej budynku. Tego nie mogliśmy się wyprzeć bo faktycznie spędziliśmy noc na tej dobudówce. Jednak pojęcie włamania było tutaj głęboko przesadzone. Wtedy mnie olśniło i przypomniałem sobie o tej sytuacji kiedy zobaczyłem przyglądającego mi się mężczyźnie z rana. Wtedy wyrwany ze słodkiego snu najwidoczniej nie przyswoiłem tego faktu i wyleciało mi to totalnie z głowy. Do tej pory nie mówiłem o tym Davidowi. Kiedy komendant zostawił nas znowu samych wspomniałem o tym fakcie o Davidowi.

Dość długo byliśmy zostawieni sami sobie, ale przynajmniej było wygodniej niż w celi. W końcu wrócił komendant, lecz nie sam. Towarzyszył mu mężczyzna. Spojrzałem na niego, i miałem wrażenie że skądś go znam. Ale nie wydało mi się to nadzwyczajne myśląc że pewnie przewinął nam się kilka razy w ciągu całego pobytu w tym miejscu. Oni wciąż rozmawiali, lecz ta rozmowa przerodziła się w krzyk komendanta, a mężczyzna odpowiadał zaledwie krótkimi nieśmiałymi frazami.

Oczywiście nic nie rozumieliśmy, ale jasne było że rozmowa nie należy do miłych jeśli w ogóle można było nazwać to rozmową. Gdy komendant uderzył mężczyznę jasne było że nie jest to błaha rozmowa. Wtedy miałem nieodparte przeczucie że jest to ten mężczyzna którego widziałem o poranku choć nie byłem pewien. Pamiętać nie pamiętałem go z twarzy ale jakoś natknęło mnie na taką myśl.
Spojrzałem na Davida, i szeptem powiedziałem że prawdopodobnie jest to ten mężczyzna. Nie trwało to długo i zostaliśmy ponownie w trójkę w pomieszczeniu a komendant przeprosił nas że byliśmy świadkami tak szorstkiej rozmowy ale od razu przyznał że nie pozwoli by cokolwiek mogło nam się stać, i dokona wszelkich starań abyśmy Pakistan zapamiętali tak jak dotychczas. Wtedy już było wiadomo.

I faktycznie ten mężczyzna był tą osobą z którą wymieniłem krótki kontakt wzrokowy z rana. Ale to co usłyszeliśmy w ogóle było odklejone od rzeczywistości. Wedle tego co zeznał przyłapał nas na włamaniu po czym zadzwonił na policję. Z kolejnych słów komendanta usłyszeliśmy że domagał się naszego ukarania i co śmieszne rekompensaty pieniężnej, nie małej. Totalny absurd! Skąd taka złość komendanta którą dobitnie wylał na oskarżającym nas mężczyźnie
Trzeba przyznać, że mieliśmy sporo szczęścia, że trafiliśmy na tak wyrozumiałego, i wyluzowanego komendanta który obdarzył nas sporym zaufaniem mimo że fakty teoretycznie stawiały nas w niezbyt przychylnym świetle. Obyło się bez sądów i innych nieprzyjemności a kilka godzin później zostaliśmy wypuszczeni na wolność! Jakby tego było mało mieliśmy zapewniony transport na granicę z Indiami. Po szybkiej naradzie odmówiliśmy bo chcieliśmy zobaczyć nieco więcej w Lahore niż tylko ściany celi. No i mieliśmy w planie jeszcze odwiedziny u znajomego poznanego w Islamabadzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »