Pakistan-Aresztowanie na pożegnanie

Mój czas pobytu w Pakistanie dobiega końca, na pożegnanie został mi powrót z górzystej północy Pakistanu do nizinnej stolicy Islamabadu, a następnie do Lahore w którym już byłem lecz przejazdem. Tam miałem na pożegnanie spotkać się z Waqarem którego poznałem w Ambasadzie Indii w Islamabadzie. Miałem namiary i obiecałem że jak tylko się pojawię w Lahore to dam znać. Poczekałem w Islamabadzie na Davida który musiał dojechać do mnie i chcieliśmy razem odwiedzić znajomego i razem przekroczyć granicę. Wcześniej już byliśmy razem w Islamabadzie i mieliśmy swoją miejscówkę. Park gdzie nasze namioty były rozbite w polu marihuany. Choć w sumie to nie jest tutaj nic nadzwyczajnego bo jak wspominałem we wcześniejszych wpisach że Islamabad to jedna wielka plantacja tej roślinki,  rośnie nawet w centrum. Normą było że wojsko przeszukiwało nas na ulicy, czasami aż za dokładnie bo musieliśmy wysypać z plecaków dosłownie wszystko i pokazać każdą rzecz. Obecnie w Islamabadzie jest podwyższony stopień jeśli chodzi o jakieś występki na tle politycznym. I z takimi akcjami musieliśmy się liczyć. Zanim wyjechaliśmy ze stolicy zostaliśmy zaproszeni i potraktowani po królewsku przez biznesmena poznanego w małym meczecie przy drodze. Przenocował nas i następnego dnia ruszyliśmy w stronę Lahore,stopowanie szło nam całkiem sprawnie, ale do pewnego momentu. Znaleźliśmy się na bramkach drogi ekspresowej jakieś 150 kilometrów od Lahore, i oczywiście pracownicy mieli obiekcje odnośnie łapania stopa. Cofnęliśmy się i staraliśmy nie zwracać na siebie uwagi. Mieliśmy cichą nadzieje dojechać jeszcze za dnia do Lahore jednak na tych bramkach dosyć długo nam zeszło. Zanim ktoś zechciał nas zabrać to zapadła szarówka. Do celu mieliśmy jeszcze spory kawałek i było wiadome że dojedziemy tam w nocy, doszliśmy do wniosku że poprosimy kierowcę żeby wysadził nas przed Lahore i poszukamy sobie miejsca na nocleg. W miedzy czasie kierowca zatrzymał się na parkingu żebyś coś zjeść. Bo akurat od tego dnia rozpoczął się Ramadan.Każdy parking przypomina festyn, rodzinami zatrzymują się tam i jedzą po całym dniu postu. Jest to miłe uczucie bo każdy jest po prostu szczęśliwy że w końcu może coś zjeść i wypić.

img_8730

Ulice Islamabadu o poranku

lahore-1

Panowie czasami malują sobie oczy.

img_5968

Uliczki Rawalpindi

lahore-3

Pracownia krawiecka.

img_6020

Marihuana

Ramadan czyli od wschodu do zachodu słońca nie można jeść, pić ani palić papierosów. I nie jest to takie proste jak mogłoby się wydawać, pogoda czasami jest nie do zniesienia także odwodnić się nie trudno. Za nieprzestrzeganie Ramadanu można iść nawet do więzienia. Oczywiście wielu muzułmanów nie przestrzega zasad Ramadanu więc ukradkiem jedzą piją i palą. A na ulicy ciężko coś kupić, a jak już się znajdzie jakieś jedzenie to tylko na wynos. Jako że ja nie jestem muzułmaninem Ramadan mnie nie dotyczy, jednak w miejscu publicznym lepiej nie jeść bo ludzie czasem mogą zwrócić uwagę że nie pora na to.

Kontynuowaliśmy drogę i plan wcześniejszej wysiadki posypał się na dobre. Tak się złożyło że obydwoje przysnęliśmy i obudziliśmy się na przedmieściach Lahore. To jedno z większych miast w Pakistanie, na ulicach był prawdziwy młyn spowodowany że po całym dniu postu tak na dobre życie zaczyna się dopiero nocą. Chmara taksówkarzy, pracowników hoteli zapraszających do siebie. Prawdziwy gwar! Szliśmy tak uliczkami przeciskając się miedzy ludźmi. Co chwile ktoś coś chciał, nie mogliśmy się zatrzymać bo nie minęłoby 15 sekund bylibyśmy oblężeni przez ludzi. Jedyne wyjście z sytuacji to wziąć jakiś tani hotel, problem w tym że rozmieniliśmy już ostatnie pieniądze na Rupie Indyjskie, takich tam nie akceptowali. Z Waqarem nie mieliśmy jak się skontaktować i stwierdziliśmy że nie możemy iść w stronę centrum bo nie znajdziemy nawet kawałka na rozbicie choćby jednego namiotu. Znaleźliśmy się na przedmieściach szybka wspólna decyzja cofamy się i wyjść z miasta. Szliśmy dłuższy czas przeciskając się ciągle aż faktycznie zaczęło robić się co raz lepiej. Szliśmy i naszym oczom po prawej stronie ukazał się niedokończony budynek pośród innych. Od razu przyszło mi na myśl żeby rozbić się na dachu bo jest to nasza jedyna opcja.David za bardzo nie był chętny tam wchodzić ,więc czekał na ulicy z plecakami a ja wziąłem latarkę i poszedłem sprawdzić co tam jest. Ogólnie budownictwo w takich krajach jak Iran czy Pakistan preferuje dachy z płaskim dachem dzięki czemu ludzie często tam śpią. Nie ma co się dziwić bo temperatury jakie panują w takim regionie to udręka, nawet w nocy.

Wszedłem i zacząłem rozglądać się za dobrym miejscem. W zasadzie od parteru był prawie sam gruz i nie było mowy o nocowaniu tam, już nie wspomnę jak było tam duszno. Przeciskałem się dalej i wszedłem na dach budynku a tam,ludzie śpiący na ziemi i prowizorycznie zrobionych łóżkach polowych. Dach był spory i miał taki 1,5 metrowy murek na obrzeżach budynku, zgasiłem latarkę i slalomem na paluszkach obszedłem śpiących tam ludzi. Stwierdziłem że na upartego można położyć się na karimacie i bardzo wcześnie rano wybyć z tego miejsca niezauważonym. Oczywiście rozum podpowiadał że nie jest to zbyt mądry pomysł, bo po pierwsze czort wie co to za ludzie tu śpią, a dwa że różnie mogą zareagować rano jak nas zobaczą pierwsi. Ale już byliśmy mocno zmęczeni, sytuacja w jakiej się znaleźliśmy nie wróżyła że łatwo znajdziemy podobną okazję na nocleg. Wróciłem do Davida i opowiedziałem jak wygląda sytuacja. Bez wahania założyliśmy plecaki i weszliśmy na dach. Poszliśmy na koniec dachu i zaczęliśmy rozwijać materace. Zauważyliśmy że do naszego budynku za murkiem przylegał inny daszek na którym były przymocowane anteny. Normalnie idealne miejsce! bo nikt z dachu nas nie mógł zobaczyć bo zasłaniał ten murek. Jednak z dachów innych budynków było nas trochę widać. Specjalnie tym się nie przejęliśmy bo było ciemno a i tak inne budynki były kilka metrów niżej. Rozłożyliśmy sobie materace plecaki pod głowę i odetchnęliśmy po wyczerpującym dniu. Mało tego zaczął wiać lekki wiatr i nie było czuć tak tej duchoty. Niby nic wielkiego, ale ulga niesamowita i szybko padliśmy jak muchy.

Kiedy trwałem w pięknym śnie obudziły mnie jakieś szmery. Słońce dopiero wschodziło była może 5 albo 6 rano, podniosłem głowę i widzę pana na sąsiednim budynku jakieś 2-3 metry niżej. Chodził i przyglądał się nam z dołu ,nie odzywał się ani słowem po prostu się przyglądał. Kiwnąłem mu ręką przy okazji uśmiechając się. Widziałem na jego twarzy ogromne zaskoczenie, ciekawość no i pamiętam doskonale jego uśmiech taki pół na pół (nieśmiały). Uznałem że jakby miał jakieś obiekcje do tego że sobie tam śpimy to chyba dałby do zrozumienia w dodatku my leżeliśmy te 3 metry wyżej na jakiejś dobudówce. Poszedłem dalej spać. Udało mi się zasnąć, aż tu nagle czuje mocne uderzenie w nogi, podnoszę głowę a tam gość ubrany jak wojskowy i trąca moje nogi karabinem. Obudziłem Davida i wstałem a za murkiem jeszcze kilku policjantów,  już nie wspomnę o gapiach. Zwijając materac pytam o co chodzi? I tłumacze że sporo ludzi tu spało i że nie widzę problemu. On odparł że problem jest i to duży a wszystkiego dowiemy się w placówce policji. David chyba jeszcze nie do końca się obudził bo w ogóle się nie odzywał albo był lekko zaszokowany całą szopką. Ale cała szopka była dopiero przed nami. Zebraliśmy się i zeszliśmy na dół, czekał już wóz podobny do tego jak już nas eskortowali przez Beludżystan. Jeep z wielką paką i ławeczkami z tyłu (mój ulubiony). Z nami na pace jechał jeden z policjantów reszta jechała drugim autem. Kazali nam wsiadać, wrzuciliśmy swoje plecaki i policjant od razu nie przypadł mi do gustu bo wsiadając zaczął kopać nasze plecaki jakby nie mógł poprosić żebyśmy przesunęli dalej. Ewidentnie cwaniakował mimo że spokojnie wykonywaliśmy wszystkie polecenia bo chcieliśmy jak najszybciej wyjaśnić to całe zajście. Siedziałem dokładnie na przeciwko policjanta, patrzył się na mnie jakby mnie chciał zaraz rozstrzelać. Żeby było jasne, mnie denerwować jest naprawdę ciężko wręcz prawie niemożliwe. Zaczął szturchać Davida z niewiadomego powodu a mi co jakiś czas machał bronią przed głową. I przy jednym z takich jego wymachiwań złapałem za lufę i chciałem… w sumie nie wiem co chciałem może po prostu pokazać że się go nie boje i mam go gdzieś. Zrobiła się mała szarpanina ale rozeszło się po kościach. Po chwili wywalił żebyśmy dali mu paszport. Od razu buchnąłem śmiechem i dodałem że na komisariacie a nie tu i nie jemu. Ależ pięknie furczał a ja z najpiękniejszym uśmieszkiem patrzyłem na niego jak się pieni. David podobnie miał go gdzieś i nie miał zamiaru dawać mu paszport. Wiedział że nic nie wskóra i do końca drogi siedział cicho.

Znaleźliśmy się w centrum Lahore, wjechaliśmy do placówki otoczonej wysokim murem. Wyglądało jak więzienie i w sumie to się nie pomyliłem jak się później okazało to było więzienie razem z posterunkiem. Dojechaliśmy do aresztu,spędziliśmy sporo czasu w pomieszczeniu czekając na kogoś kto miał z nami rozmawiać oczywiście w towarzystwie zmieniających się policjantów. Co jakiś czas wyłączał się prąd (w całym Pakistanie to norma) a w pomieszczeniu robiło się jak w saunie bo wiatrak przestawał działać. Siedząc tam ustaliliśmy sobie wspólną wersje żeby nie było rozbieżności. W końcu przyszedł do nas wyżej postawiony policjant i stwierdził że nie jest dobrze. Dodał że zostaliśmy oskarżeni o włamanie!!! Jak to powiedział, automatycznie popatrzeliśmy się na siebie z Davidem bo to kompletna bzdura. Jaki jest w tym sens włamania? Żeby włamać się i tam usnąć? No jakaś kpina. Mówiliśmy że budynek był niedokończony i nic po za gruzem tam nie było i dodatku spali tam jeszcze jacyś inni ludzie. Wyjaśnił że nie chodzi o niedokończony budynek tylko o daszek na którym się położyliśmy bo należał właśnie do tego pana który tak rano zaglądał. A ten z marszu zadzwonił na policje. Wszystko szło niesamowicie mozolnie, jak ktoś do nas przychodził to po jakimś czasie znikał i tak w kółko. Po kilku godzinach od aresztowania poinformował nas pierwszy przesłuchujący policjant że zostaliśmy aresztowaniu początkowo na 3 dni. Wszystko ładnie pięknie tylko moja wiza kończyła ważność za 2 dni, w sumie dla mnie to nie zrobiło wielkiego wrażenia, mogę spędzić tam nawet 2 tygodnie z tym że więcej chyba byłoby problemów kiedy nie stawili bym się na granice w dniu wygasającej wizy.
Spędziliśmy w areszcie cały dzień w końcu nastąpił przełom w całej sprawie. Musiało się zrobić głośno o tym i specjalnie do nas pofatygował się główny komendant Lahore. Zaprowadzono nas do biura i już na wejściu wiedzieliśmy że będzie dobrze. Bardzo ciepło nas przyjął i w zasadzie zanim rozpoczął temat „włamania” wypytywał o naszą podróż. Szybko mu rozrysowaliśmy trasę każdego z nas i był bardzo podekscytowany. Stwierdził że skoro taki kawał przejechaliśmy to nie pozwoli żeby mogło nam coś się stać i dokona wszelkich starań byśmy Pakistan wspominali tak jak mu opowiedzieliśmy czyli rewelacyjnie.Wziął wszystkie dokumenty i tylko na nie zerknął uśmiechając się. Ale najlepsze było później. Przyprowadzono do pokoju gościa i mówię do Davida że skądś go znam. A to był pan który właśnie zadzwonił na policje i nas oskarżył o włamanie. W naszej obecności komendant zaczął krzyczeć na niego i bez tłumacza było wiadomo że dostał ochrzan za takie śmieszne i bezpodstawne oskarżenie. Kilka godzin później wyszliśmy i  byliśmy wolni !!! Mogliśmy jechać nawet bezpośrednio na granice, ale mieliśmy w planie jeszcze odwiedzić Waqara o którym wspominałem na początku. Skontaktowaliśmy się z nim przez internet w kafejce i tuk tukiem przyjechał po nas jego brat.

img_8791

Pokój przesłuchań (zdjęcie z ukrycia).

img_8794

Zaraz po wyjściu z aresztu,pojechaliśmy tuk tukiem do Waqara.

img_8798

Ulicami Lahore

lahore-2

One Comment on “Pakistan-Aresztowanie na pożegnanie

  1. Tak czułam, że od tego więzienia uratował Cię ktoś, kto był pod wielkim wrażeniem Twoich dokonań i przygody 😉
    Cieszę się, że ta Dobra Siła czuwa nad Tobą 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »