Malezja-Pierwsze dni

I znalazłem się w na granicy Tajlandia-Malezja, a dojechałem tam dość przypadkowo bo zapadła noc i jak zawsze rozglądałem się za dobrym noclegiem jeszcze kilkanaście kilometrów od przejścia granicznego, aż tu jak z pod ziemi zajechał mi drogę ambulans.Wyczołgał się z niego uśmiechnięty pan i otwarł mi tył pojazdu żebym wskakiwał. No i jak tu nie wsiąść oczywiście o tej porze granica jest już zamknięta więc mój plan to wcześnie rano iść na przejście.Dojechaliśmy na przejście graniczne było już bardzo późno ale miasto żyło jak w dzień.Mnóstwo ulicznego jedzenia i pootwieranych barów,restauracji i dyskotek. Obszedłem okolice w poszukiwaniu najlepszego miejsca na nocleg,starałem odbić jak najdalej od całego skupiska aż wylądowałem na jednej ze spokojniejszej dzielnic.Spokojnie było do czasu aż wokół mnie zbiegła się zgraja psów zaczęły mnie otaczać i być co raz bliżej. Szybkie kalkulacje i ruszyłem do kontry bo stać jak kołek to tylko zachęta żeby któryś mnie z nich ugryzł.Zrzuciłem plecak i zacząłem agresywnie odpędzać to całe zbiegowisko,kocham zwierzęta ale jak mus to mus trzeba było noga trochę popracować.Wprawdzie na szczęście moja noga nie dosięgnęła żadnego z nich ale jakbym trafił to chyba by głowa odleciała jak piłka. Efekt osiągnięty psy dały sobie spokój.

Ambulans autostopem żaden problem

Następnego dnia poszedłem na granice i zobaczyłem kolumnę tirów z kontenerami czekających na odprawę.Dla autostopowicza to prawdziwy raj bo ta droga jest głównym szlakiem transportowym dla Tajlandii,Malezji i Singapuru.Przekroczenie granicy to formalność dwa punkty gdzie trzeba pokazać paszport i bez żadnych pytań byłem już w Malezji. Zaraz za granicą czekają taksówkarze na motorach i trochę ich dziwiło że nie wziąłem taksówki bo do następnej miejscowości Changlun jest 10 kilometrów.Stopa złapałem dość szybko i zawitałem w pierwszym mieście,i pierwsze co to poszedłem coś zjeść bo nie jadłem nic od poprzedniego dnia.Trochę owoców i ulicznego jedzenia,pysznego jedzenia! Pokręciłem się po mieście i ruszyłem na południe, mój cel to Kuala Lumpur,stolica Malezji.Stop po stopie i dojechałem do Pinang jedno z większych miast Malezji.Kierowca który mnie tu przywiózł koniecznie mnie namawiał żebym wziął prom na wyspę ,jest to jakby druga część miasta,i tak zrobiłem.Prom to można powiedzieć symboliczna kwota na nasze to będzie może 1 zł, a powrót darmowy gdzie jak gdzie,ale tutaj nie spodziewałbym się czegoś darmowego.Płynie się piętrową barką ok. 20 minut mimo że wygląda jakby miała zaraz się rozpaść płynęło się całkiem fajnie.Na wyspie za bardzo się nie rozpędzałem ze zwiedzaniem bo po ocenie sytuacji stwierdziłem że najlepiej będzie szukać czegoś na nocleg na stałym lądzie bo miasto na wyspie wyglądało na dość rozwinięte i duże w prawdzie druga strona wyglądała podobnie jednak przeczucie to przeczucie w tym wypadku mnie nie zawiodło.

Kolejka do przejścia granicznego

Sprzedawczyni grejpfrutów przy drodze głównej

Prom

W drodze na wyspę

Spotkana na wyspie świątynia

Zbliżała się noc ja wróciłem na stały ląd i ruszyłem przed siebie na wylot w stronę stolicy.Szedłem ulicą i zaraz przede mną wyszła z samochodu dziewczyna z chłopakiem jak na moje oko turyści z Chin. A tu okazało się dziewczyna (Fish) to Chinka mieszkająca na stałe w Malezji i Rosjanin (Roman) co lepsze Roman o urodzie Azjatyckiej,podróżujący podobnie jak ja autostopem.Po krótkiej rozmowie okazało się że ma korzenie Mongolskie więc przyzwyczajony jest że biorą go za Chińczyka lub Mongoła.Roman obecnie mieszka i pracuje w głębokiej Kamczatce, jako nauczyciel. Raz w tygodniu przylatuje tam helikopter bo nie prowadzi tam żadna droga i jego prawdziwy dom jest na Kaukazie.Fish zaproponowała żebym zabrał się z nimi bo akurat Roman jest jej gościem przez couchsurfing więc przy okazji chciałaby mnie przenocować. Oczywiście że się zgodziłem bo bardzo chciałem poznać przygody Romana i byłem ciekaw tego co o Malezji powie mi Fish. Pojechaliśmy jeszcze po jedną koleżankę,przyleciała akurat do Fish z Hongkongu na urlop, i także jest Chinką.Wszyscy razem ruszyliśmy do innego miasta położonego o godzinę drogi autem.Jeszcze tego wieczora udaliśmy się całą paczką do Chińskiej knajpki.
Opowiadał mi trochę o Kamczatce i o życiu tam, zimą temperatura spada poniżej -50ºC, niektórzy ludzie są bardzo zacofani, prawie wszyscy piją tam alkohol w tym kobiety jak są w ciąży,więc dużo jest dzieci upośledzonych.Nie ma tam policji,a nocami grasują niedźwiedzie i jak to stwierdził można się tam poczuć jak w naturalnym więzieniu wystarczy wyjść po za wioskę i szybko mija pomysł żeby iść dalej.Więc skąd pomysł żeby akurat tam się wyprowadzić i pracować? Kasa…kasa… Nikt nie chce tam pracować więc motywacją jest spora ilość pieniędzy którą płaci rząd Rosyjski.Obecnie ma wakacje 2 miesięczne więc powoli kończy swoją podróż bo przemierzył Chiny , Tajlandię i za kilka dni ma lot do Indonezji gdzie spędzi tam resztę podróży po czym wraca do Rosji.Fish opowiedziała o Malezji i jak jej się tam żyje, a co ciekawe Li pochodzi z okolic Panzhihua czyli tam gdzie miałem okazje być w podróży po Azji w 2014 roku.
Posiedzieliśmy wszyscy razem w knajpce i wracaliśmy odespać ciężki dzień.Kąpiel i padłem jak zabity kolejnego dnia Fish obiecała mnie odwieźć ponownie do Pinang.

W Chińskiej knajpce

Do stołu podane

Li prezentująca duriana

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »