Iran-Ostatnia prosta

W Zahedan znalazłem się rano, i jest to ostatnia większa miejscowość przed przejściem granicznym z Pakistanem. Wciąż było gorąco jednak znacznie lepiej tutaj to znosiłem niż na południu Iranu. W tym momencie do końca mojej Irańskiej wizy zostało kilka dni. Stwierdziłem, że już nie będę dalej jechał by później wracać na ostatnią chwilę. Uznałem, że udaję się na granicę z Pakistanem. W mieście spędziłem łącznie dwa dni. Kręciłem się po bazarach, meczetach i przesiadywałem w knajpkach i był to typowo czas odpoczynku bez przesadnej eksploracji miasta.

 Zaopatrzyłem się w sporą ilość wody i w drogę. Udało mi się jeszcze złapać stopa na parę kilometrów za miasto i znalazłem się w miejscu gdzie rozchodziły się drogi w różnym kierunku. Jest! Drogowskaz z napisem „Pakistan border”. Spojrzałem na mapę, która po tak długim czasie użytkowania wyglądała jakbym dopiero ją wyciągnął ze śmietnika. Wedle jej była to ostatnia prosta przed granicą. Było to ostatnie osiemdziesiąt kilometrów prostej drogi z dwoma miasteczkami po drodze. Idealnie pomyślałem.

Przeszedłem kilkaset metrów i miałem przed sobą przydrożny posterunek. Taki jakich wiele jest w tej prowincji. Jeden budynek, zasieki i żołnierze stojący z karabinami. Doszedłem do szlabanu a naprzeciw wyszedł mi jeden z wojskowych. Paszport, usłyszałem chłodnym tonem. Dałem posłusznie a on przelatywał kartka po kartce oglądając wizy. W końcu spojrzał na mnie i równie chłodnym głosem odparł, idziemy. Zaprowadził mnie do małego budynku dał kilka kartek do wypełnienia i kazał wyciągnąć wszystko z plecaka. Od razu w głowie miałem gaz pieprzowy co skryłem w małej kieszonce który jest zakazany w Iranie. Ale nic nie dałem po sobie poznać i zgodnie z poleceniami zacząłem wyciągać rzeczy. Ciuchy, jedzenie, trochę elektroniki. Za bardzo nie zwracał uwagi na to co wyciągam, bo był zajęty spisywaniem danych z paszportu. Dalej robiłem swoje aż skończyłem i usiadłem naprzeciw niego. Wszystko leżało obok plecaka no prawie wszystko. W środku pozostał wspomniany gaz. Zacząłem wypełniać kartki, które mi dał chwile wcześniej. W końcu oddał mi paszport i stanął nad tym co wypakowałem. Byleby nie dotykał plecaka, bo wyczuje! Pomyślałem. W końcu odwróciłem się.

-Wszystko ok? zapytałem na luzaku.

On zaś stał i przyglądał się a czasem rozgrzebał nogą to co leżało na ziemi. Wyglądało jakby nie miał ochoty na szczegółową rewizję więc kamień spadł mi z serca. W końcu wrócił na miejsce co było jednoznaczne, że mam się zbierać. Dokończyłem wypełniać resztę dokumentów i już nie bawiłem się w jakieś układanie rzeczy. Po prostu w kulkę i szybkie upychanie do plecaka. Ku mojemu zdziwieniu nawet nie było pytań, dlaczego chcę iść na piechotę w stronę granicy, aczkolwiek było mi niezwykle na rękę, że obyło się bez poruszania tego tematu.

Wyszliśmy z budynku i podążaliśmy w stronę drogi wtedy całkiem instynktownie popatrzyłem na zasłonięte szyby w budynku. A były to wyblakłe od słońca plakaty. Zatrzymałem się i moje zdziwienie nie miało końca, bo widniały tam napisy „Down with USA” oraz „Down with Izrael”. Wiedziałem, że ze względów historycznych te kraje nie pałają do siebie sympatią, ale wiszące takie plakaty wydały mi się już dość mocnym akcentem szczególnie że znajdowało się to na strzeżonym przez wojsko terenie.

Opuściłem posterunek, który w mgnieniu oka zniknął mi z oczu. Jak na złość nic nie jechało, ale miałem nieodparte wrażenie, że złapanie stopa to kwestia czasu. Niestety minuty przerodziły się w kilkugodzinny spacer. Niby słońce dawało się we znaki to szło się całkiem dobrze. Przez ten czas minęło mnie zaledwie kilka samochodów i ciężarówek, ale bez powodzenia. Krajobraz jednocześnie przerażał swoją surowością, ogromem i powalał pięknem. Totalne pustkowie, przez które biegnie asfaltowa droga. Po lewej pustka a w oddali ciągnęło się lekko zamglone od zalegającego w powietrzu piasku ogromne pasmo górskie. Za nim był już Afganistan zaś prawa strona to pustka po horyzont i sporadyczne wzgórza. Od czasu do czasu natrafiałem na pozostałości bunkrów, lecz konsekwentnie szedłem przed siebie.

Idąc w monotonnej mantrze nagle usłyszałem serię strzałów niosących się ewidentnie z mojej prawej strony. Stanąłem jak wryty nasłuchując i wypatrując kogokolwiek. Lecz nikogo nie widziałem. Byłem pośrodku niczego a bliskość granicy z Afganistanem i Pakistanem rozbudzało moją wyobraźnie. A może wojskowi niedaleko urządzają sobie ćwiczenia a może palące słońce zbyt przygrzało mi w głowę? Po prostu starałem się odrzucać wszystkie negatywne skojarzenia.

Jeszcze kilka razy minęły mnie ciężarówki, jednak nikt nie miał najmniejszej ochoty się zatrzymać. Może i było to logiczne, bo kto by zabierał kogoś z takiego pustkowia nie wiedząc kim ów osoba jest a region może być bardziej niebezpieczny niż mogłoby mi się wydawać. Ale co mogłem zrobić? Trzeba było drałować przed siebie mając nadzieje, że złapie długo wyczekiwaną okazję.

W pewnym momencie zobaczyłem daleko w oddali niosące się ogromne kłęby pyłu. Ciągnęły się za pędzącym z nie małą prędkością samochodem. Nadjeżdżał od lewej strony, czyli Afganistanu. Początkowo wydawało się, że ma obrany swój kierunek i nawet mnie nie widzą co w sumie było racjonalne. Natomiast z każdą chwilą wyglądało na to, że podążają w moim kierunku. I tak właśnie było. Był co raz bliżej, ale nie widziałem dokładnie co to za pojazd. Wysoka temperatura gruntu rozmazywała go. Po prostu stałem i przyglądałem się. W końcu znalazł się na tyle blisko, że mogłem przyjrzeć mu się i to co zobaczyłem zmroziło mnie! Była to stara zdezelowana terenówka, na jej pace stało kilku uzbrojonych mężczyzn z karabinami a na głowach mieli czarne chusty.

O kurwa, trzeba uciekać! Ale gdzie? Jak?

Przecież stałej pośrodku niczego w dodatku są ode mnie zaledwie kilkadziesiąt metrów. Stałem w bezruchu i czekałem bezradnie na to co się wydarzy. Pierwszy raz w życiu słyszałem bicie swojego serca. Przez te kilkanaście sekund przez głowę przewinęły mi się różne scenariusze. Rozpędzony jeep z impetem zahamował na drodze kilka metrów ode mnie w tym samym momencie nakrył nas ciągnący się za nimi pył. Silnik zgasnął i zrobiło się cicho. Zobaczyłem zeskakujące postacie z samochodu i niemal od razu znalazły się przede mną. W tym opadającym pyle zaczęli ciągać chusty.

-Witaj, przyjacielu. Usłyszałem od jednego z mężczyzn.

Odpowiedziałem skromnym przywitaniem do tego uśmiechając się by nawiązać pokojową konwersację.

-Co ty tu robisz? To niebezpieczne miejsce! Nie możesz Cię tutaj być!

W tym momencie troszkę zeszło ze mnie ciśnienie i wszystko wskazywało na to, że są nastawieni pokojowo i raczej nie zrobią sobie ze mnie żywej tarczy.

-Idę na granicę z Pakistanem.

-Co? Zdziwił się i zaczął tłumaczyć kolegą co powiedziałem, bo zaraz wszyscy się uśmiechnęli.

-To jest daleko. Odparł.

-Tutaj jest niebezpiecznie! Powtórzył ponownie.

-Wskakuj wykrzyczał z uśmiechem. Nie zastanawiałem się ani sekundy i wskoczyłem na pakę po czym ruszyliśmy.

Jechaliśmy dalej w stronę granicy więc doczekałem się podwózki. Wtedy dowiedziałem się, że jest to nieoznakowany patrol kontrolujący wzgórza wzdłuż granicy z Pakistanem i Afganistanem. A ich zadaniem jest wyłapywać przemytników szmuglujących niemal wszystko od benzyny po narkotyki. Jakby tego było mało również uchodźców z Pakistanu i Afganistanu masowo zalewających Iran. Przyznał mi rozmawiający ze mną mężczyzna, że dosłownie do ostatniego momentu myśleli, że mają do czynienia z właśnie nielegalnie przekraczającą granice osobą przez mój ubiór będący tradycyjnym w tych krajach.

Ujechaliśmy jakieś kilkadziesiąt kilometrów i poinformował, że nie mogą zawieźć mnie na granicę, ale też nie mogą zostawić tak po prostu na tej pustce. Starałem się wytłumaczyć, że dla mnie nie jest to problem a do granicy już niedaleko, lecz na nic zdały się moje tłumaczenia. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie od głównej drogi odbiegała inna zwyczajnie ubita w tej suchej ziemi droga. Oni mieli zamiar właśnie tam pojechać i byłem przekonany, że czekamy na inny patrol, który przewiezie mnie na granicę. Jak się okazało czekaliśmy na pierwsze przejeżdżające auto. Jeden z żołnierzy wyszedł z karabinem na środek jezdni i zatrzymał nadjeżdżający samochód. W środku było dwóch mężczyzn i po krótkiej wymianie zdań machnął ręką żebym wsiadał do ów pojazdu. Zbiłem ze wszystkimi piątkę po czym wsiadłem do samochodu. I tak miałem transport do miejscowości Mirjaveh znajdującej się przy przejściu granicznym.

Wiozący mnie mężczyźni okazali się bardzo mili i otwarci mimo niezręcznej sytuacji z zatrzymaniem ich i wciśnięcia im mnie. Po dotarciu na miejsce poszliśmy na obiad a na koniec obładowali mnie owocami. Praktycznie od początku powtarzali żebym uważał na siebie. Bo bywa tutaj bardzo niebezpiecznie szczególnie w nocy.

Do nocy jednak było jeszcze sporo czasu, lecz na przekraczanie granicy było zdecydowanie za późno. Wolałem na spokojnie zostawić to na kolejny dzień. Zrobiłem rundkę po okolicy i wylegiwałem się w miejscowym parku po ciężkim dniu. Gdy zrobiła się szarówka stwierdziłem, że czas znaleźć miejsce na nocleg. Wtedy wszedłem jeszcze do małego sklepiku. Oczywiście szybko stałem się sensacją i miałem w swoim towarzystwie sporą grupę miejscowych. Również stałem się ciekawostką dla samego sprzedawcy i po chwili spędzonej w sklepie zaoferował mi odwiedziny w swoim domu. Nawet było mi to na rękę przez te ciągłe ostrzeżenia o tym jak bardzo może być tam niebezpiecznie. Więc przystałem na propozycję. Musiałem tylko poczekać aż zakończy prace więc w tym czasie ulokował mnie w pobliskim meczecie. W zasadzie był to zwykły pokój przystosowany dla wiernych. Troszkę tam czasu spędziłem, bo zdążyłem podładować elektronikę a nawet przespać się.

Gdy sprzedawca wrócił było już całkowicie ciemno i tak jak zapewniał zabrał mnie do swojego domu. Mieszkali na ogromnej posesji stojącej z dala od reszty zabudowań otoczonej kilkumetrowym murem. Była to w pewnym sensie oaza, bo wewnątrz rozciągał się wielki zielony ogród. Przed domem stała wielka studnia wraz ze zbiornikiem wysokim na kilkadziesiąt metrów. Nie trzeba było być jasnowidzem, żeby dojść do wniosku, że żyją na nieco innym standardzie niż reszta miasta. Bo akurat to było widać gołym okiem, że Mirjaveh a w zasadzie jej mieszkańcy nie żyją w dostatku.

Poznałem praktycznie całą rodzinę. A najwięcej czasu spędzałem z braćmi gospodarza którzy oprowadzili mnie po ogrodzie i pokazywali odpowiednie miejsca na rozbicie namiotu. Dla mnie było to obojętne więc szybko takie znalazłem po czym usiedliśmy przed domem i kontynuowaliśmy rozmowy. Wtedy naglę nastąpiła zmiana planów ku temu, że najlepiej jakbym przenocował w hotelu. Nagle zaczęli powtarzać, że niebezpiecznie. Kompletnie nie trzymało się to kupy, bo przecież jeszcze nie tak dawno nie było o tym mowy, a jakby tego było mało wszystko przecież jest ogrodzone murem z zamknięta bramą na noc. Ale ok. Nie będę kogoś na siłę przekonywał, ale przy tym starałem się wytłumaczyć, że dla mnie hotel nie wchodzi w grę, i po prostu pójdę poszukać innego miejsca gdzieś na obrzeżach miasteczka. Oczywiście nie uśmiechało mi, żeby chodzić nocą przez przygraniczne miasteczko. Ale cóż zrobić. Oni jednak uparcie mówili o hotelu jakby w ogóle nie interesowało ich moje zdanie. Wytworzyła się niekomfortowa dla mnie sytuacja, bo stali nade mną narzucając mi opcję hotelu. Musisz do hotelu, bo jest niebezpiecznie! Pomyślałem, że nic nie wskóram, a chciałem mieć to już za sobą.

Wsiadłem na pakę samochodu. Prowadził sklepikarz a obok towarzyszył mi jeden z jego braci oraz jego syn. Kierowaliśmy się w głąb miasteczka. Szybko znaleźliśmy się przed wjazdem do hotelu w zasadzie nie trwało to dłużej niż dwie może trzy minutki. Zeskoczyłem z paki zostawiając plecak na samochodzie. Weszliśmy do środka i zobaczyłem uzbrojonego policjanta pilnującego hotel. Na właściciela musieliśmy trochę poczekać, ponieważ już spał. I nie ma co się dziwić, bo było już naprawdę późno. Gdy się pojawił bardzo czule przywitał się ze tym sklepikarzem, który tak bardzo nalegał na mój przyjazd tam. To już wydało mi się bardzo dziwne, ale nie chciałem wytwarzać jakiś teorii spiskowych. Kazał mi usiąść i otworzył przede mną wielką książkę a w niej spis osób z zagranicy którzy zatrzymywali się w jego hotelu. Szczerze? Kompletnie mnie to nie interesowało. Ja chciałem już świętego spokoju. Wtedy przekalkulowałem, że w tym całym zamieszaniu zapłacę za noc i nie będę musiał kręcić się po nocy.

-Ile za noc? Zapytałem

Zamknął księgę a jego wyraz twarzy dał mi do zrozumienia, że w oczach kręcą mu się dolary. Nie myliłem się.

– Tylko Czterdzieści dolarów!

Wybuchnąłem śmiechem. Nie powinienem, ale to było silniejsze ode mnie.

-Ile?

-Do widzenia! Wstałem i udałem się w kierunku wyjścia.

– Trzydzieści pięć dolarów! Wykrzyknął.

Kilka sekund przerwy i ponowne rozpaczliwe zejście z ceny.

– Tylko trzydzieści!

Choćby krzyknął pół dolara nie miałem najmniejszego zamiaru tam wracać. Nie miałem jakiegoś jasnego dowodu, ale wydał mi się najzwyczajniejszym naciągaczem. Wyszedłem na zewnątrz i zacząłem wyciągać plecak z paki. I w tym samym momencie na teren hotelu wjechał wojskowy samochód, a z niego wyszli uzbrojeni żołnierze. Zrobiło się spore zamieszanie. Początkowo wszyscy zaczęli rozmawiać w hotelu, a ja kręciłem się na zewnątrz myśląc, żeby po prostu złapać za plecak i uciec stąd, bo wiedziałem, że to początek problemów. Irytowała mnie ta cała sytuacja. Czekałem aż żołnierz stojący na progu hotelu wejdzie do środka, a ja w tym czasie się ulotnie. Jednak on zerkał raz na mnie, a raz na debatujących i czasami wykłócające się w hotelu towarzystwo. Jakby przeczuwał, co mam na myśli. Zrezygnowany stałem i czekałem, po kilku minutach wyszli wszyscy przed hotel i podeszli do mnie. Kierowca, z którym przyjechałem złapał mnie za ramie i tłumaczył, co mówi jeden z żołnierzy.

-Musisz zostać tutaj na noc, bo hotel jest strzeżony.

-Nie ma takiej możliwości. Odparłem zdecydowanie.

-Nie potrzebuję spać w hotelu.

-A ile możesz zapłacić? Zapytał właściciel

Po raz kolejny powiedziałem stanowczo, że nie zapłacę ani grosza. Bo nie mam co było oczywiście kłamstwem. Strasznie plułem sobie w brodę, że w ogóle dałem się wpędzić w taką sytuację.

-Mogę iść nawet usiąść na ławkę i nie spać całą noc. Dla mnie to nie jest problem.

Żołnierz zamienił jeszcze parę zdań z właścicielem hotelu, po czym kazali mi wziąć plecak i iść za nimi. Widziałem, że poszło coś nie po myśli właściciela, bo wyglądał na bardzo niezadowolonego. Weszliśmy do hotelu za nami ruszyła cała obsługa. Prowadzili mnie na pierwsze piętro, tam doszliśmy do końca korytarza i zaczęli pukać w ostatnie drzwi. Czy oni kogoś budzą? Serio? Dziwiłem się a zarazem było mi strasznie głupio. Trochę to trwało zanim drzwi się otwarły. Gdy to nastąpiło zobaczyłem stojącego w progu Europejczyka. Zdziwiłem się i to bardzo, on na pewno nie mniej widząc takie towarzystwo przed drzwiami. Aż ledwo wszyscy miesiliśmy się w tym korytarzu.

Powiedzieli mu, że muszę tutaj przenocować. A on kiwnął głową i powiedział, że nie ma problemu. Przecisnąłem się przed stojące przede mną osoby i wszedłem do środka.

-Rano będzie samochód. Zakomunikował ktoś z całego tłumu.

Drzwi się zamknęły a jeszcze przez długi czas słychać było debatowanie w korytarzu. Rozejrzałem się w pokoju i zobaczyłem duży plecak na podłodze i rozrzucone ubrania. Przede mną stał rozczochrany chłopak z kolczykiem w uchu. Przywitałem się. Miał na imię David i pochodzi z Włoch. Była to niezręczna sytuacja, ale bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język. Traf tak chciał, że podróżował dokładnie tak samo jak ja dojeżdżając tutaj autostopem. Rozmowa tak się kleiła, że mimo późnej godziny wymienialiśmy się swoimi historiami z podróży i opowiedzieliśmy o swoich planach na dalsze dni po przekroczeniu granicy. Wiedziałem już wtedy, że następny dzień będzie jeszcze bardziej ciekawy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »