Zapadła noc a miasto ucichło. Z tłumnego gwaru ulic pozostał tylko delikatny pogłos dzwoneczków dochodzących znad rzeki. Po całym dniu siedzę na dachu budynku i piję hinduską herbatę. Delektuje się w tej duchocie najmniejszymi podmuchami wiatru i sięgam pamięcią jak jeszcze niecałą godzinkę wcześniej stałem w towarzystwie kilku hindusów nad palącymi się zwłokami. Wpatrywaliśmy się jak żywioł powoli trawi ludzkie ciało. Ten rytuał w połączeniu z ogłuszającymi bębnami i dzwonkami wywoływał u mnie dreszcze i poczucie tego że jestem świadkiem czegoś niezwykle innego, czegoś co szczególnie zapadnie mi w pamięci na bardzo długo. Czy jest to szokujące ? Dla kogoś kto pierwszy raz miałby styczność z indyjską rzeczywistością pewnie tak. Dla mnie jest to trzecia wizyta na subkontynencie indyjskim a to mówi samo za siebie. Zwiększona ciekawość i chęć zobaczenia i przeżycia tej inności. Przyjechałem do Waranasi,by zobaczyć ile tak naprawdę jest świętości w tym świętym dla hindusów mieście.

Fenomen Waranasi

Po długiej ośmiuset kilometrowej podróży z New Delhi dotarłem do Waranasi. Złożyło się na tyle dobrze że zawitałem tam o poranku więc miałem mnóstwo czasu żeby odnaleźć się w tym miejskim kolosie. Na pierwszy rzut oka miasto niczym się nie różniło od statystycznego miasta w Indiach. Dookoła ta sama architektura, przeludnienie oraz jedyna w swoim rodzaju Indyjska rzeczywistość. Lecz im bliżej największej atrakcji miasta czyli ghatów (kamiennych schodów prowadzących do rzeki) to robi się ciekawiej. To właśnie tam bije serce Waranasi, i w to miejsce zjeżdżają się ludzie z całego świata chcących doświadczyć tego mistycznego miejsca.

Nieodłącznym elementem krajobrazu przy rzece już od wczesnego poranka jest widok kąpiących się ludzi. To jest niebywałe jak brzeg rzeki w tak wielkim mieście stał się miejscem kultu oraz prostych czynności. Miejscowi modlą się, myją i odpoczywają. W momencie gdy ktoś zanurzony do połowy oddaje się rytualnym modlitwom, parę metrów obok inna osoba myje zęby lub robi pranie. Ale to jeszcze nie wszystko bo Ghaty są również miejscem rytualnych kremacji zmarłych. A prochy zostają wrzucane do rzeki w której miejscowi odbywają te wszystkie czynności dnia codziennego. A trzeba pamiętać o jednym, Ganges to jedna z najbardziej zanieczyszczonych rzek świata.

Rytualne kremacje

O pochówku w wodach Gangesu marzy każdy hindus. A jeśli odbyłoby się to w Waranasi, lepiej być nie może. Każdego dnia ghaty w Waranasi są miejscem palenia zmarłych. Sama kremacja nie jest niczym nadzwyczajnym. Nawet w krajach rozwiniętych taka forma pochówku jest co raz częściej praktykowana. Różnica polega jednak na tym że w Indiach odbywa się to w bardzo bezpośredniej formie. To tak jakby w miejscu bardzo turystycznym ktoś kremował kogoś ze swojej rodziny a tłumy osób postronnych mogłyby w tym uczestniczyć. A jednak w Indiach nie jest to specjalnie problemem. Nic nie stoi na przeszkodzie by uczestniczyć z boku w czasie rytualnego palenia zwłok.
Osobiście miałem kila razy okazje widzieć z bliska jak to wygląda. Każde z tych doświadczeń było czymś niesamowitym. Jednak najbardziej utkwił mi w pamięci moment gdy trafiłem późną nocą na kremacje w miejscu po za „utartym szlakiem”. Stałem tam w towarzystwie zaledwie kilku hindusów i szczerze przyznam że było to jedno z najbardziej zjawiskowych momentów jakie kiedykolwiek doświadczyłem w czasie moich podróży. Ogłuszające bębny i dzwoneczki towarzyszyły przez długi czas gdy ogień trawił ciało zmarłego.

Przygotowanie całej ceremonii to tradycja ale niestety kosztowana. Drewno do palenia jest bardzo drogie ze względu na swoje właściwości. Potocznie nazywane jako Ironwood i jest cięższe od wody oraz nie gaśnie podczas deszczu. Dodatkowo pochłania całkowicie zapach palonego ciała. Nie tylko na tym kończą się koszta bo jeszcze trzeba przygotować ciało do spalenia. W finalnym rozrachunku wychodzi na to że taki pochówek nie jest dla każdego, a biorąc pod uwagę rzeczywistość w Indiach na taką formę mogą pozwolić sobie nieliczni.

Drewniany interes stał się dochodowy, a nawet bardzo. Każdego dnia niemal nieprzerwanie dokonywane są kremacje w różnych miejscach wzdłuż rzeki. Przez co zapotrzebowanie na drewna jest ogromne i to widać to po tym jak stosy drewna są transportowane łodziami na ghaty.

Żeby pokazać hierarchię w Indiach trzeba rozumieć jej kastowość. A ci którzy zajmują się paleniem zwłok to ludzie z najniższej kasty zwani Dalit. To cała grupa społeczna żyjąca poza marginesem. Wykonują prace którą nie wykonuje nikt czyli palą zwłoki, zbierają śmieci i sprzątają publiczne toalety. Co ciekawe osoby zajmujące się prowadzeniem krematoriów lub sprzedażą drewna mimo swojej kastowości żyją w dostatku.

Świętość a nauka

Jak wspominałem do rzeki wrzucane są prochy zmarłych ale nie jest to przyczyna złego stanu wody. Do rzeki trafia niemal wszystko, łącznie ze śmieciami a nawet chemikaliami.

Badania naukowców monitorujących stan rzeki mówią same za siebie. Ganges przypomina ściek, i to jeden z największych na świecie, niestety. Wyniki są porażające! Woda wpływająca do Waranasi już jest jakościowo w dramatycznym stanie. Poziom bakteria E.coli to 60 tys./100 ml wody!!! To przekracza 120 razy normy bezpieczne dla kąpieli która wynosi (500/100 ml). Zaś kiedy przeprowadzono pomiary kilka kilometrów w dół rzeki, stężenie bakterii przekraczało 3 tysiące razy normę bezpieczeństwa!

Miliony pielgrzymów odbywają tu rytualne kąpiele, wierząc, że poprzez oczyszczenie się z grzechów wpływają także na swoje zdrowie.
Wpływają, choć zapewne nie tak, jak by chcieli. Jak na ironię, dzisiejszy poziom zanieczyszczenia rzeki częściej doprowadza do chorób niż do poprawy zdrowia. Choć w tym wszystkim jest jeden niewytłumaczalny plus którego nie są w stanie wytłumaczyć nawet naukowcy. Z naukowego punktu widzenia miejsce to mogłoby stać się epidemiologicznym zapalnikiem i zdziesiątkować populacje. Jednak do tej pory nie odnotowano takiego zjawiska.

Chłodnym okiem

Mimo że nie przepadam za odwiedzaniem bardzo turystycznych miejsc do których śmiało należy Waranasi to opuszczałem je z poczuciem że był to świetnie spędzony czas. Na pewno nie żałowałem przyjazdu tam i nie byłem rozczarowany faktem że komercja przysłoniła prawdziwą twarz miasta. Ok, jak na miasto z taką renomą nie ma możliwości nie doświadczyć tam wszystkich skutków ubocznych popularności. Bez problemu znajdziemy przebierańców udających guru tylko po to żeby zarobić na turystach. Pod to można podczepić wiele innych wątków w różniej formie jednak Waranasi w moim mniemaniu obroniło się wciąż jeszcze swoją naturalnością. Jednak trzeba pamiętać o jednym, dla niektórych miasto będzie miejscem obłąkanym przez swoją inność. Znajdzie się też grupę ludzi dla których będzie to kopalnia wiedzy lub po prostu idealne miejsce na zaopatrzenie się w piękne bransoletki. Wnioski trzeba wysnuć sobie samemu.

Zapadła noc a miasto ucichło. Z tłumnego gwaru ulic pozostał tylko delikatny pogłos dzwoneczków dochodzących znad rzeki. Po całym dniu siedzę na dachu budynku i piję hinduską herbatę. Delektuje się w tej duchocie najmniejszymi podmuchami wiatru i sięgam pamięcią jak jeszcze niecałą godzinkę wcześniej stałem w towarzystwie kilku hindusów nad palącymi się zwłokami. Wpatrywaliśmy się jak żywioł powoli trawi ludzkie ciało. Ten rytuał w połączeniu z ogłuszającymi bębnami i dzwonkami wywoływał u mnie dreszcze i poczucie tego że jestem świadkiem czegoś niezwykle innego, czegoś co szczególnie zapadnie mi w pamięci na bardzo długo. Czy jest to szokujące ? Dla kogoś kto pierwszy raz miałby styczność z indyjską rzeczywistością pewnie tak. Dla mnie jest to trzecia wizyta na subkontynencie indyjskim a to mówi samo za siebie. Zwiększona ciekawość i chęć zobaczenia i przeżycia tej inności. Przyjechałem do Waranasi,by zobaczyć ile tak naprawdę jest świętości w tym świętym dla hindusów mieście.

Fenomen Waranasi

Po długiej ośmiuset kilometrowej podróży z New Delhi dotarłem do Waranasi. Złożyło się na tyle dobrze że zawitałem tam o poranku więc miałem mnóstwo czasu żeby odnaleźć się w tym miejskim kolosie. Na pierwszy rzut oka miasto niczym się nie różniło od statystycznego miasta w Indiach. Dookoła ta sama architektura, przeludnienie oraz jedyna w swoim rodzaju Indyjska rzeczywistość. Lecz im bliżej największej atrakcji miasta czyli ghatów (kamiennych schodów prowadzących do rzeki) to robi się ciekawiej. To właśnie tam bije serce Waranasi, i w to miejsce zjeżdżają się ludzie z całego świata chcących doświadczyć tego mistycznego miejsca.

Nieodłącznym elementem krajobrazu przy rzece już od wczesnego poranka jest widok kąpiących się ludzi. To jest niebywałe jak brzeg rzeki w tak wielkim mieście stał się miejscem kultu oraz prostych czynności. Miejscowi modlą się, myją i odpoczywają. W momencie gdy ktoś zanurzony do połowy oddaje się rytualnym modlitwom, parę metrów obok inna osoba myje zęby lub robi pranie. Ale to jeszcze nie wszystko bo Ghaty są również miejscem rytualnych kremacji zmarłych. A prochy zostają wrzucane do rzeki w której miejscowi odbywają te wszystkie czynności dnia codziennego. A trzeba pamiętać o jednym, Ganges to jedna z najbardziej zanieczyszczonych rzek świata.

Rytualne kremacje

O pochówku w wodach Gangesu marzy każdy hindus. A jeśli odbyłoby się to w Waranasi, lepiej być nie może. Każdego dnia ghaty w Waranasi są miejscem palenia zmarłych. Sama kremacja nie jest niczym nadzwyczajnym. Nawet w krajach rozwiniętych taka forma pochówku jest co raz częściej praktykowana. Różnica polega jednak na tym że w Indiach odbywa się to w bardzo bezpośredniej formie. To tak jakby w miejscu bardzo turystycznym ktoś kremował kogoś ze swojej rodziny a tłumy osób postronnych mogłyby w tym uczestniczyć. A jednak w Indiach nie jest to specjalnie problemem. Nic nie stoi na przeszkodzie by uczestniczyć z boku w czasie rytualnego palenia zwłok.
Osobiście miałem kila razy okazje widzieć z bliska jak to wygląda. Każde z tych doświadczeń było czymś niesamowitym. Jednak najbardziej utkwił mi w pamięci moment gdy trafiłem późną nocą na kremacje w miejscu po za „utartym szlakiem”. Stałem tam w towarzystwie zaledwie kilku hindusów i szczerze przyznam że było to jedno z najbardziej zjawiskowych momentów jakie kiedykolwiek doświadczyłem w czasie moich podróży. Ogłuszające bębny i dzwoneczki towarzyszyły przez długi czas gdy ogień trawił ciało zmarłego.

Przygotowanie całej ceremonii to tradycja ale niestety kosztowana. Drewno do palenia jest bardzo drogie ze względu na swoje właściwości. Potocznie nazywane jako Ironwood i jest cięższe od wody oraz nie gaśnie podczas deszczu. Dodatkowo pochłania całkowicie zapach palonego ciała. Nie tylko na tym kończą się koszta bo jeszcze trzeba przygotować ciało do spalenia. W finalnym rozrachunku wychodzi na to że taki pochówek nie jest dla każdego, a biorąc pod uwagę rzeczywistość w Indiach na taką formę mogą pozwolić sobie nieliczni.

Drewniany interes stał się dochodowy, a nawet bardzo. Każdego dnia niemal nieprzerwanie dokonywane są kremacje w różnych miejscach wzdłuż rzeki. Przez co zapotrzebowanie na drewna jest ogromne i to widać to po tym jak stosy drewna są transportowane łodziami na ghaty.

Żeby pokazać hierarchię w Indiach trzeba rozumieć jej kastowość. A ci którzy zajmują się paleniem zwłok to ludzie z najniższej kasty zwani Dalit. To cała grupa społeczna żyjąca poza marginesem. Wykonują prace którą nie wykonuje nikt czyli palą zwłoki, zbierają śmieci i sprzątają publiczne toalety. Co ciekawe osoby zajmujące się prowadzeniem krematoriów lub sprzedażą drewna mimo swojej kastowości żyją w dostatku.

Świętość a nauka

Jak wspominałem do rzeki wrzucane są prochy zmarłych ale nie jest to przyczyna złego stanu wody. Do rzeki trafia niemal wszystko, łącznie ze śmieciami a nawet chemikaliami.

Badania naukowców monitorujących stan rzeki mówią same za siebie. Ganges przypomina ściek, i to jeden z największych na świecie, niestety. Wyniki są porażające! Woda wpływająca do Waranasi już jest jakościowo w dramatycznym stanie. Poziom bakteria E.coli to 60 tys./100 ml wody!!! To przekracza 120 razy normy bezpieczne dla kąpieli która wynosi (500/100 ml). Zaś kiedy przeprowadzono pomiary kilka kilometrów w dół rzeki, stężenie bakterii przekraczało 3 tysiące razy normę bezpieczeństwa!

Miliony pielgrzymów odbywają tu rytualne kąpiele, wierząc, że poprzez oczyszczenie się z grzechów wpływają także na swoje zdrowie.
Wpływają, choć zapewne nie tak, jak by chcieli. Jak na ironię, dzisiejszy poziom zanieczyszczenia rzeki częściej doprowadza do chorób niż do poprawy zdrowia. Choć w tym wszystkim jest jeden niewytłumaczalny plus którego nie są w stanie wytłumaczyć nawet naukowcy. Z naukowego punktu widzenia miejsce to mogłoby stać się epidemiologicznym zapalnikiem i zdziesiątkować populacje. Jednak do tej pory nie odnotowano takiego zjawiska.

Chłodnym okiem

Mimo że nie przepadam za odwiedzaniem bardzo turystycznych miejsc do których śmiało należy Waranasi to opuszczałem je z poczuciem że był to świetnie spędzony czas. Na pewno nie żałowałem przyjazdu tam i nie byłem rozczarowany faktem że komercja przysłoniła prawdziwą twarz miasta. Ok, jak na miasto z taką renomą nie ma możliwości nie doświadczyć tam wszystkich skutków ubocznych popularności. Bez problemu znajdziemy przebierańców udających guru tylko po to żeby zarobić na turystach. Pod to można podczepić wiele innych wątków w różniej formie jednak Waranasi w moim mniemaniu obroniło się wciąż jeszcze swoją naturalnością. Jednak trzeba pamiętać o jednym, dla niektórych miasto będzie miejscem obłąkanym przez swoją inność. Znajdzie się też grupę ludzi dla których będzie to kopalnia wiedzy lub po prostu idealne miejsce na zaopatrzenie się w piękne bransoletki. Wnioski trzeba wysnuć sobie samemu.

„Jeśli chcesz ujrzeć tęczę, musisz dzielnie przetrwać deszcz”

Masashi Kishimoto

*

„Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku”

Lao Tzu

*

„Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich, coś zupełnie innego niż to po co się pojechało”

Nicolas Bouvier

*

„Jeśli myślisz, że przygody bywają niebezpieczne, spróbuj rutyny. Ona jest śmiercionośna”

Paulo Coelho

*

„Nie podróżujemy aby uciec przed życiem, ale aby życie nam nie uciekło”

Autor nieznany

*

„Podróżowanie nie zależy od ilości posiadanych pieniędzy, ale od ilości posiadanej odwagi”

Autor nieznany

*

„Dobry podróżnik nie ma ustalonych planów, i niekoniecznie zależy mu na dotarciu do konkretnego celu.”

Lao Tzu

*

„Nie podróżuje się po to, by przyjechać, tylko żeby podróżować”

Johann Wolfgang von Goethe

*

„Świat jest jak książka. Ci, którzy nie podróżują, czytają jedynie pierwszą stronę.”

Św. Augustyn

*

„Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem”

Cesare Pavese

*

„Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń”

Wojciech Cejrowski

*

„Człowiek nie może odkryć nowych oceanów, dopóki nie znajdzie odwagi żeby stracić z oczu brzeg”

André Gide

*

„Aby poznać człowieka, trzeba zostać jego towarzyszem podróży”

Przysłowie Arabskie

*

„Ten, kto znalazł się za drzwiami, pokonał najtrudniejszy etap podróży”

Duńskie przysłowie

*

„Podróże to jedyna rzecz na którą wydajemy pieniądze a stajemy się bogatsi”

Autor nieznany

*

” Góry uczą smaku rzeczy prostych, takich, których nie doceniamy”

Stanisław Biel

*

„Kochać to chcieć przemierzyć cały świat we dwoje, po to, by nie było miejsca na ziemi wolnego od wspólnych wspomnień”

Ernest Hemingway

*

„Podróżowanie uczy tolerancji”

Benjamin Disraeli

*

„Nigdy nie wahaj się pojechać daleko, za morza, granice, przemierzaj kraje, obalaj przesądy”

Amin Maalouf

*

„Przygoda warta jest każdego trudu.”

Arystoteles

*

„Ten, kto żyje, widzi dużo. Ten, kto podróżuje, widzi więcej“

Przysłowie Arabskie

*

„Podróże to jedna z rzeczy, na które wydajemy pieniądze, a stajemy się bogatsi.”

Autor nieznany

*

„Podróżować to odkrywać, że wszyscy się mylą co do innych krajów”

Aldous Huxley

*

„Nie odkładaj marzeń, odkładaj na marzenia”

Autor nieznany

*

„Widzieć świat i niebezpieczeństwa. Patrzeć ponad murami, znajdować się i czuć. To sens życia”

Cytat z filmu Sekretne Życie Waltera Mitty

*

„Każdy ma taki świat jaki widzą jego oczy.”

José Saramago

*

„Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś”

Mark Twain

*

„Lepiej zobaczyć coś raz, niż słyszeć o tym tysiąc razy”

Przysłowie Chińskie

*

„Świat jest zbyt wielki, aby wciąż przebywać w jednym miejscu”

Autor nieznany

*

„Jest jakiegoś rodzaju magiczny magnetyzm w dalekim podróżowaniu i powracaniu kompletnie odmienionym”

Kate Douglas Wiggin

*

„Migrują bociany, migrują śledzie i czasem człowieka coś w świat powiedzie”

Janusz Pawłowski

*

Szczęście nie jest stacją, do której przyjeżdżasz, lecz sposobem podróżowania”

Margaret Lee Runbeck

„Jeśli chcesz ujrzeć tęczę, musisz dzielnie przetrwać deszcz”

Masashi Kishimoto

*

„Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku”

Lao Tzu

*

„Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich, coś zupełnie innego niż to po co się pojechało”

Nicolas Bouvier

*

„Jeśli myślisz, że przygody bywają niebezpieczne, spróbuj rutyny. Ona jest śmiercionośna”

Paulo Coelho

*

„Nie podróżujemy aby uciec przed życiem, ale aby życie nam nie uciekło”

Autor nieznany

*

„Podróżowanie nie zależy od ilości posiadanych pieniędzy, ale od ilości posiadanej odwagi”

Autor nieznany

*

„Dobry podróżnik nie ma ustalonych planów, i niekoniecznie zależy mu na dotarciu do konkretnego celu.”

Lao Tzu

*

„Nie podróżuje się po to, by przyjechać, tylko żeby podróżować”

Johann Wolfgang von Goethe

*

„Świat jest jak książka. Ci, którzy nie podróżują, czytają jedynie pierwszą stronę.”

Św. Augustyn

*

„Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem”

Cesare Pavese

*

„Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń”

Wojciech Cejrowski

*

„Człowiek nie może odkryć nowych oceanów, dopóki nie znajdzie odwagi żeby stracić z oczu brzeg”

André Gide

*

„Aby poznać człowieka, trzeba zostać jego towarzyszem podróży”

Przysłowie Arabskie

*

„Ten, kto znalazł się za drzwiami, pokonał najtrudniejszy etap podróży”

Duńskie przysłowie

*

„Podróże to jedyna rzecz na którą wydajemy pieniądze a stajemy się bogatsi”

Autor nieznany

*

” Góry uczą smaku rzeczy prostych, takich, których nie doceniamy”

Stanisław Biel

*

„Kochać to chcieć przemierzyć cały świat we dwoje, po to, by nie było miejsca na ziemi wolnego od wspólnych wspomnień”

Ernest Hemingway

*

„Podróżowanie uczy tolerancji”

Benjamin Disraeli

*

„Nigdy nie wahaj się pojechać daleko, za morza, granice, przemierzaj kraje, obalaj przesądy”

Amin Maalouf

*

„Przygoda warta jest każdego trudu.”

Arystoteles

*

„Ten, kto żyje, widzi dużo. Ten, kto podróżuje, widzi więcej“

Przysłowie Arabskie

*

„Podróże to jedna z rzeczy, na które wydajemy pieniądze, a stajemy się bogatsi.”

Autor nieznany

*

„Podróżować to odkrywać, że wszyscy się mylą co do innych krajów”

Aldous Huxley

*

„Nie odkładaj marzeń, odkładaj na marzenia”

Autor nieznany

*

„Widzieć świat i niebezpieczeństwa. Patrzeć ponad murami, znajdować się i czuć. To sens życia”

Cytat z filmu Sekretne Życie Waltera Mitty

*

„Każdy ma taki świat jaki widzą jego oczy.”

José Saramago

*

„Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś”

Mark Twain

*

„Lepiej zobaczyć coś raz, niż słyszeć o tym tysiąc razy”

Przysłowie Chińskie

*

„Świat jest zbyt wielki, aby wciąż przebywać w jednym miejscu”

Autor nieznany

*

„Jest jakiegoś rodzaju magiczny magnetyzm w dalekim podróżowaniu i powracaniu kompletnie odmienionym”

Kate Douglas Wiggin

*

„Migrują bociany, migrują śledzie i czasem człowieka coś w świat powiedzie”

Janusz Pawłowski

*

Szczęście nie jest stacją, do której przyjeżdżasz, lecz sposobem podróżowania”

Margaret Lee Runbeck

Nie musisz być Elonem Musk żeby wydać miliardy na testy rakiet które wyniosą Cię na Marsa. Wystarczy spakować plecak i obrać swój kurs na Wyspy Kanaryjskie a dokładnie mówiąc Lanzarote.

Lanzarote, jak wszystkie Wyspy Kanaryjskie, powstała jako efekt procesów geologicznych przez co jej powierzchnia w większości utworzona jest przez wulkaniczną lawę. Wyspa sama w sobie nie jest sporych rozmiarów choć mieści w swoich proporcjach kilka większych miejscowości i wiele mniejszych wiosek a wszystko to rozsiane jest na całej jej przestrzeni. Powiedziałbym że stojąc na wulkanie w centralnej części wyspy można dojrzeć każdy jej kraniec. A to świadczy że wyspa jest naprawdę mała szczególnie gdy korzysta się z transportu.

Jeśli mowa o wulkanach. Bez wątpienia są one ozdobą wyspy i jest ich tam naprawdę dużo. To właśnie one ukształtowały i nadały wyspie „klimatu” sprawiając że krajobraz na niej wygląda tak a nie inaczej. Szczerze przyznam że wcześniej moja wyobraźnia na hasło Wyspy Kanaryjskie miała wizję bujnej egzotyki, piaszczystych plaż oraz wiecznie pięknej pogody. Okazało się że jedyną tam”egzotyką” są sporadycznie rosnące palmy w miasteczkach. Wszystko to co znajduje się po za nimi to surowy i teoretycznie monotonny obraz rodem z Marsa, dosłownie. Plaże? Co prawda są jednak piasek znacząco różni się od tych jakie przyzwyczaiły nas rajskie zakątki z pięknymi plażami. Lecz to nie znaczy że wyspa jest nudna! Broń Boże! I tutaj zachowany jest odpowiedni balans. Bo jest spora grupa ludzi który swój urlop planują przesiedzieć przy basenie a jest też grupa bardziej aktywnych chcących wycisnąć tam z siebie siódme poty.

Klimat podobnie jak całych Wysp Kanaryjskich, jest łagodny, określany mianem „wiecznej wiosny”. Oznacza to brak wyraźnie zróżnicowanych pór roku, z niewielkimi wahaniami średniej temperatury w ciągu roku (od 18 °C zimą, do 24 °C latem). To nie znaczy jednak że można paradować bez koszulki cały dzień. To dobitnie widać na przykładzie turystów. Ich nieproporcjonalne opalenizny mówią same za siebie nawet po kilku godzinach niewinnego leżakowania.
Mimo tak przyjaznych warunków wyspa a w zasadzie jej podłoże nie pozwala na rozwinięcie się bogatej flory. Po za kaktusami i paroma innymi krzaczkami niewielkich rozmiarów w zasadzie nic nie ma prawa urosnąć na spalonych od słońca terenów.

Wbrew pozorom na wyspie istnieje bardzo dobra infrastruktura drogowa. Ona sprawiła że przemieszczanie się po wyspie stało się bardzo łatwe i przyjemne. Wszędzie kursują autobusy (Intercity bus) będące odpowiednikiem miejskiego transportu. Wszystko zostało zorganizowane w ten sposób by mogły spełnić oczekiwania turytów jak i miejscowych. Więc krążą między większymi miastami i turystycznymi miejscami a ich trasa biegnie by nie omijać mniejszych miejscowości. Praktycznie za kilka euro można dostać się na drugi kraniec wyspy. To chyba przystępna cena biorąc pod uwagę jak bardzo turystyczne jest to miejsce.
Najpopularniejszą formą wśród turystów jest wypożyczenie samochodu. Wypożyczalnie są niemal na każdym kroku i nie sposób ich nie zauważyć.
Autostop? Jak zawsze wyśmienicie!

Wyjątkową architekturę zabudowań można zawdzięczać takiemu artyście jak Cezar Manrique. Pochodzący z Lanzarote rzeźbiarz, malarz, architekt. W latach szybko rozwijającej się turystyki zauważył jak bardzo zmienia się pobliska wyspa Gran Canaria i nie była to pozytywna zmiana wedle jego wizji. Wysokie i potężne hotele zaczęły psuć krajobraz i poczucie wolnej od komercji życia. W tym samym czasie ten trend wkraczał na Lanzarote. Od tego momentu Cezar zaszczepił władzom pomysł powrotu do tradycji i wprowadzono reżim architektoniczny. Polegało to na uchwaleniu ogólnego standardu co do proporcji i kolorystyki budynków na wyspie. Wszystkie zabudowania miały mieć tylko i wyłącznie biały kolor. Miał być to powrót do czasów gdy mieszkańcy nie mogli sobie pozwolić na inną farbę niż pochodzącą z pokruszonego wapienia. Taka decyzja nie tylko pozwoliła na utrzymaniu krajobrazu w miłej aurze ale również nadała jej unikatowy styl.

Po erupcjach które wystąpiły w latach 1730-1736 i 1824 roku zostały pamiątki w postaci pól lawowych. W tym miejscu powstał Narodowy Park Timanfaya. Normalnie można wsiąść w autokar i przemierzyć spory odcinek by zobaczyć jak mocnym orężem dysponuje natura. Oprócz widoków czeka na turystów wiele atrakcji m.in sztucznie utworzony gejzer który wyrzuca z siebie wlaną wcześniej wodę, lub skały które potrafią zapalić przyłożoną słomę. Osobiście nie jechałem tam jednak dużo o tym słyszałem i czytałem. Moje doświadczenie z Timanfaya były zupełnie o innym charakterze. Postanowiłem przejść całą jej długość wzdłuż oceanu po polu lawowym. Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę. Przejście było ciekawym dla oka i ciała przeżyciem. Po dwóch dniach zmęczony ale nasycony dotarłem do mieściny La Santa.

Nie musisz być Elonem Musk żeby wydać miliardy na testy rakiet które wyniosą Cię na Marsa. Wystarczy spakować plecak i obrać swój kurs na Wyspy Kanaryjskie a dokładnie mówiąc Lanzarote.

Lanzarote, jak wszystkie Wyspy Kanaryjskie, powstała jako efekt procesów geologicznych przez co jej powierzchnia w większości utworzona jest przez wulkaniczną lawę. Wyspa sama w sobie nie jest sporych rozmiarów choć mieści w swoich proporcjach kilka większych miejscowości i wiele mniejszych wiosek a wszystko to rozsiane jest na całej jej przestrzeni. Powiedziałbym że stojąc na wulkanie w centralnej części wyspy można dojrzeć każdy jej kraniec. A to świadczy że wyspa jest naprawdę mała szczególnie gdy korzysta się z transportu.

Jeśli mowa o wulkanach. Bez wątpienia są one ozdobą wyspy i jest ich tam naprawdę dużo. To właśnie one ukształtowały i nadały wyspie „klimatu” sprawiając że krajobraz na niej wygląda tak a nie inaczej. Szczerze przyznam że wcześniej moja wyobraźnia na hasło Wyspy Kanaryjskie miała wizję bujnej egzotyki, piaszczystych plaż oraz wiecznie pięknej pogody. Okazało się że jedyną tam”egzotyką” są sporadycznie rosnące palmy w miasteczkach. Wszystko to co znajduje się po za nimi to surowy i teoretycznie monotonny obraz rodem z Marsa, dosłownie. Plaże? Co prawda są jednak piasek znacząco różni się od tych jakie przyzwyczaiły nas rajskie zakątki z pięknymi plażami. Lecz to nie znaczy że wyspa jest nudna! Broń Boże! I tutaj zachowany jest odpowiedni balans. Bo jest spora grupa ludzi który swój urlop planują przesiedzieć przy basenie a jest też grupa bardziej aktywnych chcących wycisnąć tam z siebie siódme poty.

Klimat podobnie jak całych Wysp Kanaryjskich, jest łagodny, określany mianem „wiecznej wiosny”. Oznacza to brak wyraźnie zróżnicowanych pór roku, z niewielkimi wahaniami średniej temperatury w ciągu roku (od 18 °C zimą, do 24 °C latem). To nie znaczy jednak że można paradować bez koszulki cały dzień. To dobitnie widać na przykładzie turystów. Ich nieproporcjonalne opalenizny mówią same za siebie nawet po kilku godzinach niewinnego leżakowania.
Mimo tak przyjaznych warunków wyspa a w zasadzie jej podłoże nie pozwala na rozwinięcie się bogatej flory. Po za kaktusami i paroma innymi krzaczkami niewielkich rozmiarów w zasadzie nic nie ma prawa urosnąć na spalonych od słońca terenów.

Wbrew pozorom na wyspie istnieje bardzo dobra infrastruktura drogowa. Ona sprawiła że przemieszczanie się po wyspie stało się bardzo łatwe i przyjemne. Wszędzie kursują autobusy (Intercity bus) będące odpowiednikiem miejskiego transportu. Wszystko zostało zorganizowane w ten sposób by mogły spełnić oczekiwania turytów jak i miejscowych. Więc krążą między większymi miastami i turystycznymi miejscami a ich trasa biegnie by nie omijać mniejszych miejscowości. Praktycznie za kilka euro można dostać się na drugi kraniec wyspy. To chyba przystępna cena biorąc pod uwagę jak bardzo turystyczne jest to miejsce.
Najpopularniejszą formą wśród turystów jest wypożyczenie samochodu. Wypożyczalnie są niemal na każdym kroku i nie sposób ich nie zauważyć.
Autostop? Jak zawsze wyśmienicie!

Wyjątkową architekturę zabudowań można zawdzięczać takiemu artyście jak Cezar Manrique. Pochodzący z Lanzarote rzeźbiarz, malarz, architekt. W latach szybko rozwijającej się turystyki zauważył jak bardzo zmienia się pobliska wyspa Gran Canaria i nie była to pozytywna zmiana wedle jego wizji. Wysokie i potężne hotele zaczęły psuć krajobraz i poczucie wolnej od komercji życia. W tym samym czasie ten trend wkraczał na Lanzarote. Od tego momentu Cezar zaszczepił władzom pomysł powrotu do tradycji i wprowadzono reżim architektoniczny. Polegało to na uchwaleniu ogólnego standardu co do proporcji i kolorystyki budynków na wyspie. Wszystkie zabudowania miały mieć tylko i wyłącznie biały kolor. Miał być to powrót do czasów gdy mieszkańcy nie mogli sobie pozwolić na inną farbę niż pochodzącą z pokruszonego wapienia. Taka decyzja nie tylko pozwoliła na utrzymaniu krajobrazu w miłej aurze ale również nadała jej unikatowy styl.

Po erupcjach które wystąpiły w latach 1730-1736 i 1824 roku zostały pamiątki w postaci pól lawowych. W tym miejscu powstał Narodowy Park Timanfaya. Normalnie można wsiąść w autokar i przemierzyć spory odcinek by zobaczyć jak mocnym orężem dysponuje natura. Oprócz widoków czeka na turystów wiele atrakcji m.in sztucznie utworzony gejzer który wyrzuca z siebie wlaną wcześniej wodę, lub skały które potrafią zapalić przyłożoną słomę. Osobiście nie jechałem tam jednak dużo o tym słyszałem i czytałem. Moje doświadczenie z Timanfaya były zupełnie o innym charakterze. Postanowiłem przejść całą jej długość wzdłuż oceanu po polu lawowym. Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę. Przejście było ciekawym dla oka i ciała przeżyciem. Po dwóch dniach zmęczony ale nasycony dotarłem do mieściny La Santa.

Czujesz że czegoś brakuje ci w życiu? Uważasz że otacza cię monotonia a każdy dzień jest tylko odhaczonym dniem w kalendarzu? Usiądź i zastanów się gdzie tkwi problem bo może okazać się że wystarczy niewiele by twoje życie nabrało kolorów.
Niestety żyjemy w czasach gdzie niezwykle ciężko człowiekowi odkleić się od pędu codziennego życia. Co raz częściej marzenia przysłaniane są ograniczeniami jakimi bombardują nas ogólne standardy. Żyć i postępować wedle oklepanego schematu stało się czymś znormalizowanym a wszystko co wybiega po za ten wzorzec bardzo często jest postrzegane abstrakcyjnie. I tak to wszystko zapętla się ponieważ bezustannie trzeba gdzieś gonić a z roku na rok poprzeczka idzie co raz wyżej. Z każdej strony są zobowiązania, nakazy, obowiązki, presja otoczenia i wiele innych spraw które ciągną w dół.

Zrobiłbym to ale…, pojechałbym tam ale…  również chciałbym ale…, Wszędzie jest „ale” w momencie gdy bierzemy na szale marzenia i codzienność. Racjonalne myślenie podpowiada by stonować emocje i wrócić potulnie na bezpieczny grunt który z reguły nie oznacza do końca szczęśliwy.  
Możesz powiedzieć że rodzina, dom ,kredyt, praca, a co powiedzą inni?! Jednak to jest alibi które sprawia że łatwo machnąć ręką i przejść obok wszystkich celów obojętnie. Wcale nie musi być to wyrocznią. 
Zadaj sobie pytanie ,czy wszystko co robisz jest tym czego pragniesz? Może okazać się że wiele spraw jakie masz na głowie towarzyszą ci tylko dlatego że próbujesz zaimponować wszystkim dookoła kosztem własnego szczęścia. 

W moim przypadku najczęściej spotykam się z pytaniami i stwierdzeniami tylu „Ale masz super, możesz sobie tak zwiedzać świat”, „Jak ci zazdroszczę!”, „Skąd masz na to pieniądze?”, „Niestety Ja tak nie mogę”. Moja opowiedz jest zawsze taka sama „Oczywiście że również możesz!”.

Nic nie przychodzi łatwo i natychmiastowo jednak małymi kroczkami można zrealizować nawet najbardziej zwariowany pomysł. Bez znaczenia czy chcesz pojechać autostopem do Indii ,schudnąć kilkanaście kilogramów czy kupić najnowsze auto. Wystarczy upór i zdrowe dążenie do celu.

Czujesz że czegoś brakuje ci w życiu? Uważasz że otacza cię monotonia a każdy dzień jest tylko odhaczonym dniem w kalendarzu? Usiądź i zastanów się gdzie tkwi problem bo może okazać się że wystarczy niewiele by twoje życie nabrało kolorów.
Niestety żyjemy w czasach gdzie niezwykle ciężko człowiekowi odkleić się od pędu codziennego życia. Co raz częściej marzenia przysłaniane są ograniczeniami jakimi bombardują nas ogólne standardy. Żyć i postępować wedle oklepanego schematu stało się czymś znormalizowanym a wszystko co wybiega po za ten wzorzec bardzo często jest postrzegane abstrakcyjnie. I tak to wszystko zapętla się ponieważ bezustannie trzeba gdzieś gonić a z roku na rok poprzeczka idzie co raz wyżej. Z każdej strony są zobowiązania, nakazy, obowiązki, presja otoczenia i wiele innych spraw które ciągną w dół.

Zrobiłbym to ale…, pojechałbym tam ale…  również chciałbym ale…, Wszędzie jest „ale” w momencie gdy bierzemy na szale marzenia i codzienność. Racjonalne myślenie podpowiada by stonować emocje i wrócić potulnie na bezpieczny grunt który z reguły nie oznacza do końca szczęśliwy.  
Możesz powiedzieć że rodzina, dom ,kredyt, praca, a co powiedzą inni?! Jednak to jest alibi które sprawia że łatwo machnąć ręką i przejść obok wszystkich celów obojętnie. Wcale nie musi być to wyrocznią. 
Zadaj sobie pytanie ,czy wszystko co robisz jest tym czego pragniesz? Może okazać się że wiele spraw jakie masz na głowie towarzyszą ci tylko dlatego że próbujesz zaimponować wszystkim dookoła kosztem własnego szczęścia. 

W moim przypadku najczęściej spotykam się z pytaniami i stwierdzeniami tylu „Ale masz super, możesz sobie tak zwiedzać świat”, „Jak ci zazdroszczę!”, „Skąd masz na to pieniądze?”, „Niestety Ja tak nie mogę”. Moja opowiedz jest zawsze taka sama „Oczywiście że również możesz!”.

Nic nie przychodzi łatwo i natychmiastowo jednak małymi kroczkami można zrealizować nawet najbardziej zwariowany pomysł. Bez znaczenia czy chcesz pojechać autostopem do Indii ,schudnąć kilkanaście kilogramów czy kupić najnowsze auto. Wystarczy upór i zdrowe dążenie do celu.

 

Mount Everest! Góra spektakularnych zwycięstw i ogromnych tragedii. Ten najwyższy szczyt naszego globu przyciąga nie tylko himalaistów chcących stanąć na jego wierzchołku ale i miłośników górskich wędrówek. Jednak sama góra to nie wszystko co oferuje nam ten region, każdy dzień będzie obfity w piękne widoki, i kulturowe ciekawostki.

Jak dotrzeć na szlak trekingowy?

Khumbu to region w północno-wschodnim Nepalu to własnie tam trzeba się udać by zacząć przygodę z trekingiem pod Base Camp Everest. Jeśli chodzi o mnie to pierwsze co pomyślałem by dostać się tam drogą lądową ale niestety bardzo mało jest informacji o tym że można dostać się lądem do Lukli skąd pełnoprawnie można zacząć treking. Wręcz niektóre blogi nawet przedstawiają to w taki sposób że lot z Katmandu do Lukli jest jedyną alternatywa. Jednak nie jest to prawda nawet gdy jest pora monsunowa w której mi było dane iść. Po prostu lot jest jedynie najprostszą i najszybszą formą by tam się znaleźć co za tym idzie najbardziej popularną. 

„Lądem? Masz lot z Katmandu, 40 minut i jesteś na miejscu a w dodatku jest pora monsunowa”– takie słowa nie raz słyszałem od ludzi gdy pytałem o treking. Szczerze to im więcej spotykałem się z takimi opiniami tym bardziej byłem przekonany że właśnie chcę to zrobić. Akurat jestem z osób które lubią i wiedzą jak utrudnić sobie życie. Dlatego zabukowałem terenówkę która jechała do ostatnich miejscowości gdzie dało się dojechać drogą. W tym wypadku było to małe miasteczko o nazwie Salleri. Od tego momentu musiałem podążać do Lukli na piechotę a zajmuje to od 2 do 4 dni, wszystko zależy od pogody i tempa.

Swoją drogą już sama podróż jeepem z Katmandu do Salleri jest niesamowitą przygodą. Niejednokrotnie byłem pod wrażeniem jak trudno dostępny jest to region. Strome podjazdy po kamieniach, błocie, przejazdy przez głębokie rzeczki, tumany pyłu oraz nieustanne rzucanie jeepem na prawo i lewo to tylko cząstka tego z czym przychodzi tam się zetknąć. Pewne jest jedno że zwyczajny samochód nawet nie ma co próbować dostać się do Salleri bo najzwyczajniej nie wróci w jednym kawałku. 

 

Przygoda,przygoda przygoda… czyli droga z Salleri do Lukla.

Jak się później okazało decyzja by zacząć treking już w Salleri była trafiona idealnie w 10! Przez 3 dni drogi do Lukli spotkałem tylko jedną osobę z plecakiem i to jeszcze wracającą, reszta to napotkani po drodze tragarze i lokalni. I to jest największym złotem tej trasy bo faktycznie idą nią tylko nieliczni a trzeba pamiętać że w czasie sezonu od Lukli pod Everest idą dosłownie tłumy. Zatem skrupulatnie zyskiwałem kilometry ciesząc się spokojem i niesamowitymi widokami które z każdym dniem co raz bardziej mnie oczarowywały. 

Należy jednak pamiętać że ten odcinek może okazać się czasami o wiele bardziej wymagający niż to co zastaniemy dalej. Ja mogę być tego najlepszym przykładem bo w ciągu tych 3 dni niejednokrotnie przytrafiały się ciężkie momenty szczególnie gdy w późniejszych godzinach zaczynał padać deszcz. Dla mnie żadne warunki nie straszne więc akceptowałem wszelkie niewygody i „niespodzianki” jakie przytrafiały się po drodze.

Jedną z takich bez wątpienia były pijawki! Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile razy miałem okazje zdejmować je siebie. W czasie deszczu dosłownie pojawiały się jak za pomocą czarodziejskiej różdżki a przeważnie dopiero miałem okazje ich się pozbyć gdy doszedłem do miejsca noclegu. Najśmieszniejsze jest to że miałem płaszcz przeciw deszczowy to i tak jakimś cudem potrafiły wślizgnąć się pod niego i dobrać do mojego ciała.

Nie zabrakło również węży które potrafią wygrzewać się na skałach blisko ścieżki. I to faktycznie dawało do myślenia będąc z dala od jakichkolwiek osad aczkolwiek z czasem to ja byłem nimi bardziej zainteresowany niż one mną. Dlatego przy każdej nadarzającej się okazji chciałem przyjrzeć się im nieco bliżej. 

W górę marsz!

Praktycznie od Lukli droga wiedzie ciągle pod górę i czasami potrafi dać w kość szczególnie gdy ma się ciężki plecak. Jednak szybko okazuje się że to co nosimy na plecach jest niczym w stosunku co niosą wysokogórscy tragarze, a naprawdę jest to czymś niewiarygodnym (odsyłam do wpisu tutaj)

Lukla znajduje się na (2840 m.n.p.m) zaś Base Camp Everest to (5340 m n.p.m). Dlatego największym zagrożeniem jest tam właśnie wysokość to zagrożenie którego nie widać, a jedynie można go zdiagnozować za pomocą własnego organizmu. Stąd kluczowym elementem trekingu jest dbanie o odpowiednią aklimatyzacje ponieważ tylko dobrze przeprowadzona pozwoli by uniknąć problemów ze  złym samopoczuciem a nawet zdrowiem bo trzeba pamiętać że z tym nie ma żartów i w ekstremalnych warunkach choroba wysokościowa może wykluczyć z dalszej drogi a nawet doprowadzić do tragedii. Zasada jest prosta im wyżej tym mniej tlenu, a naszym zadaniem jest stopniowo przyzwyczaić organizm do takich warunków.

Ja jestem tego świetnym przykładem ponieważ całą drogę czułem się bardzo dobrze zatem zaryzykowałem i drałowałem do góry bez przerwy na aklimatyzację. Finał był tego taki że dopiero w ostatniej miejscowości przed Base Camp odczułem pierwsze objawy. Nie były one nie wiadomo jak uciążliwe aczkolwiek spało mi się ciężej niż zazwyczaj a za dnia podejścia sprawiały mi więcej trudności. 
Widoki niejednokrotnie zapierają dech w piersiach! Nie ma co się dziwić w końcu są to himalaje które dają możliwość zobaczenia najwyższych gór świata. Co prawda pora monsunowa nie jest odpowiednim momentem na treking ale to nie znaczy że nic się nie zobaczy. Po prostu idealna pogoda nie utrzymuje się cały dzień. Z reguły poranki są idealne lecz od popołudnia pogoda zaczyna się psuć, a wieczorem już zaczyna padać deszcz.

Base Camp

Krok po kroku, i po 5 dniach od wyruszenia z Lukli, a 8 z Salleri dotarłem do pod Base Camp Everest. Piękne uczucie stanąć i zobaczyć miejsce skąd wyruszały największe ekspedycje chcące zdobyć najwyższą górę świata. Cały trud włożony w treking w tym momencie staje się paliwem które napełnia podróżniczą duszę i pokazuje że warto marzyć i realizować takie podróże. 

Droga na 5,364 m.n.p.m

Spore streszczenie ostatnich dni.

Opublikowany przez Bez Granic Przez Świat Wtorek, 3 września 2019

 

Mount Everest! Góra spektakularnych zwycięstw i ogromnych tragedii. Ten najwyższy szczyt naszego globu przyciąga nie tylko himalaistów chcących stanąć na jego wierzchołku ale i miłośników górskich wędrówek. Jednak sama góra to nie wszystko co oferuje nam ten region, każdy dzień będzie obfity w piękne widoki, i kulturowe ciekawostki.

Jak dotrzeć na szlak trekingowy?

Khumbu to region w północno-wschodnim Nepalu to własnie tam trzeba się udać by zacząć przygodę z trekingiem pod Base Camp Everest. Jeśli chodzi o mnie to pierwsze co pomyślałem by dostać się tam drogą lądową ale niestety bardzo mało jest informacji o tym że można dostać się lądem do Lukli skąd pełnoprawnie można zacząć treking. Wręcz niektóre blogi nawet przedstawiają to w taki sposób że lot z Katmandu do Lukli jest jedyną alternatywa. Jednak nie jest to prawda nawet gdy jest pora monsunowa w której mi było dane iść. Po prostu lot jest jedynie najprostszą i najszybszą formą by tam się znaleźć co za tym idzie najbardziej popularną. 

„Lądem? Masz lot z Katmandu, 40 minut i jesteś na miejscu a w dodatku jest pora monsunowa”– takie słowa nie raz słyszałem od ludzi gdy pytałem o treking. Szczerze to im więcej spotykałem się z takimi opiniami tym bardziej byłem przekonany że właśnie chcę to zrobić. Akurat jestem z osób które lubią i wiedzą jak utrudnić sobie życie. Dlatego zabukowałem terenówkę która jechała do ostatnich miejscowości gdzie dało się dojechać drogą. W tym wypadku było to małe miasteczko o nazwie Salleri. Od tego momentu musiałem podążać do Lukli na piechotę a zajmuje to od 2 do 4 dni, wszystko zależy od pogody i tempa.

Swoją drogą już sama podróż jeepem z Katmandu do Salleri jest niesamowitą przygodą. Niejednokrotnie byłem pod wrażeniem jak trudno dostępny jest to region. Strome podjazdy po kamieniach, błocie, przejazdy przez głębokie rzeczki, tumany pyłu oraz nieustanne rzucanie jeepem na prawo i lewo to tylko cząstka tego z czym przychodzi tam się zetknąć. Pewne jest jedno że zwyczajny samochód nawet nie ma co próbować dostać się do Salleri bo najzwyczajniej nie wróci w jednym kawałku. 

 

Przygoda,przygoda przygoda… czyli droga z Salleri do Lukla.

Jak się później okazało decyzja by zacząć treking już w Salleri była trafiona idealnie w 10! Przez 3 dni drogi do Lukli spotkałem tylko jedną osobę z plecakiem i to jeszcze wracającą, reszta to napotkani po drodze tragarze i lokalni. I to jest największym złotem tej trasy bo faktycznie idą nią tylko nieliczni a trzeba pamiętać że w czasie sezonu od Lukli pod Everest idą dosłownie tłumy. Zatem skrupulatnie zyskiwałem kilometry ciesząc się spokojem i niesamowitymi widokami które z każdym dniem co raz bardziej mnie oczarowywały. 

Należy jednak pamiętać że ten odcinek może okazać się czasami o wiele bardziej wymagający niż to co zastaniemy dalej. Ja mogę być tego najlepszym przykładem bo w ciągu tych 3 dni niejednokrotnie przytrafiały się ciężkie momenty szczególnie gdy w późniejszych godzinach zaczynał padać deszcz. Dla mnie żadne warunki nie straszne więc akceptowałem wszelkie niewygody i „niespodzianki” jakie przytrafiały się po drodze.

Jedną z takich bez wątpienia były pijawki! Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile razy miałem okazje zdejmować je siebie. W czasie deszczu dosłownie pojawiały się jak za pomocą czarodziejskiej różdżki a przeważnie dopiero miałem okazje ich się pozbyć gdy doszedłem do miejsca noclegu. Najśmieszniejsze jest to że miałem płaszcz przeciw deszczowy to i tak jakimś cudem potrafiły wślizgnąć się pod niego i dobrać do mojego ciała.

Nie zabrakło również węży które potrafią wygrzewać się na skałach blisko ścieżki. I to faktycznie dawało do myślenia będąc z dala od jakichkolwiek osad aczkolwiek z czasem to ja byłem nimi bardziej zainteresowany niż one mną. Dlatego przy każdej nadarzającej się okazji chciałem przyjrzeć się im nieco bliżej. 

W górę marsz!

Praktycznie od Lukli droga wiedzie ciągle pod górę i czasami potrafi dać w kość szczególnie gdy ma się ciężki plecak. Jednak szybko okazuje się że to co nosimy na plecach jest niczym w stosunku co niosą wysokogórscy tragarze, a naprawdę jest to czymś niewiarygodnym (odsyłam do wpisu tutaj)

Lukla znajduje się na (2840 m.n.p.m) zaś Base Camp Everest to (5340 m n.p.m). Dlatego największym zagrożeniem jest tam właśnie wysokość to zagrożenie którego nie widać, a jedynie można go zdiagnozować za pomocą własnego organizmu. Stąd kluczowym elementem trekingu jest dbanie o odpowiednią aklimatyzacje ponieważ tylko dobrze przeprowadzona pozwoli by uniknąć problemów ze  złym samopoczuciem a nawet zdrowiem bo trzeba pamiętać że z tym nie ma żartów i w ekstremalnych warunkach choroba wysokościowa może wykluczyć z dalszej drogi a nawet doprowadzić do tragedii. Zasada jest prosta im wyżej tym mniej tlenu, a naszym zadaniem jest stopniowo przyzwyczaić organizm do takich warunków.

Ja jestem tego świetnym przykładem ponieważ całą drogę czułem się bardzo dobrze zatem zaryzykowałem i drałowałem do góry bez przerwy na aklimatyzację. Finał był tego taki że dopiero w ostatniej miejscowości przed Base Camp odczułem pierwsze objawy. Nie były one nie wiadomo jak uciążliwe aczkolwiek spało mi się ciężej niż zazwyczaj a za dnia podejścia sprawiały mi więcej trudności. 
Widoki niejednokrotnie zapierają dech w piersiach! Nie ma co się dziwić w końcu są to himalaje które dają możliwość zobaczenia najwyższych gór świata. Co prawda pora monsunowa nie jest odpowiednim momentem na treking ale to nie znaczy że nic się nie zobaczy. Po prostu idealna pogoda nie utrzymuje się cały dzień. Z reguły poranki są idealne lecz od popołudnia pogoda zaczyna się psuć, a wieczorem już zaczyna padać deszcz.

Base Camp

Krok po kroku, i po 5 dniach od wyruszenia z Lukli, a 8 z Salleri dotarłem do pod Base Camp Everest. Piękne uczucie stanąć i zobaczyć miejsce skąd wyruszały największe ekspedycje chcące zdobyć najwyższą górę świata. Cały trud włożony w treking w tym momencie staje się paliwem które napełnia podróżniczą duszę i pokazuje że warto marzyć i realizować takie podróże. 

Droga na 5,364 m.n.p.m

Spore streszczenie ostatnich dni.

Opublikowany przez Bez Granic Przez Świat Wtorek, 3 września 2019

Żeby najlepiej zobrazować czym jest Gruzja w tym momencie, pokusiłbym się o tezę że jest to Polska co najmniej z lat 90. Brzmi dość ekscentrycznie ale jest to fakt i warto przekonać się o tym teraz gdy wciąż Gruzja daje taką możliwość. Dobrym przykładem będzie chociażby Polska, kiedy zatraca się swój tradycjonalizm zastępując go oklepanym schematem życia narzuconym przez zachód. Oczywiście jak wszystko ma swoje plusy i minusy ale chcąc zaczerpnąć jeszcze oddech lat 90, przepis jest prosty. Plecak na barki i w drogę!

To była moja druga wizyta w tym kraju. Pierwszy raz byłem podczas półrocznej autostopowej podróży na kontynent azjatycki, a wizyta w Gruzji ograniczała się tylko do wspinaczki na jeden ze szczytów Kaukazu oraz paru dni drogi w kierunku Armenii. Tym razem wróciłem tam chcąc poczuć i poznać jak płynie życie w kraju pysznej kuchni, bogactwa winnego i spokojnego rytmu życia. 

Podróż zaczęła się od miasta Kutaisi położonego w środkowej części kraju. Pierwsze co rzuciło się w oczy to stare budynki szczególnie blokowiska pokazują obraz tego kraju, mówiąc w skrócie skromnego życia. Nie da się ukryć że statystyczny Gruzin żyje o wiele skromniej niż statystyczny Polak i te różnice widać dobitnie właśnie w takich miejscach jak to.

Prawdziwą perełką są targowiska, wbrew pozorom nie tylko znajdujące się tam towary potrafią zatrzymać człowieka na dłużej, a sami sprzedawcy. Przekonaliśmy się o tym podczas naszego pierwszego spaceru przez targ kiedy zostaliśmy zaczepieni przez jednego ze sprzedawców. Przywitał nas tradycyjnym gruzińskim trunkiem czaczą. Po piętnastu minutach wyszliśmy stamtąd nie do końca trzeźwi, a jakby tego było mało to jeszcze najedzeni z zapasem na resztę dnia (już nigdy więcej nie wracaliśmy tamtą drogą).
Trzeba również pamiętać że w momencie kupna swojskiego wina gdzieś na stoisku przyjdzie nam jeszcze wypić na spróbowanie więc trzeba mieć zawsze jakąś rezerwę bo to jest Gruzja,nigdy nie wiadomo kiedy alkohol stanie na naszej drodze. A ceny same w sobie będą zachęcać by to kupić a wybór nie będzie łatwy bo jest tego sporo aż ciężko się połapać szczególnie że nazwy nie należą do najłatwiejszych już nie mówiąc o pisowni gruzińskiej. 

Najpierw degustacja a później dobicie targu.

Hazard po Gruzińsku! Powiem szczerze gdy zobaczyłem ten automat do gry przypomniałem sobie że w ogolę coś takiego istniało. Widziałem to wielokrotnie jako dziecko gdzieś nad polskim wybrzeżem. Tak samo wciągające jak wiele innych gier hazardowych i co istotne nie stoi tam żeby tylko stać bo grają tam również miejscowi. Tak niespodziewane spotkanie w szczególności utrwaliło mnie w przekonaniu że jeszcze nie raz Gruzja nas zaskoczy.

Żeby najlepiej zobrazować czym jest Gruzja w tym momencie, pokusiłbym się o tezę że jest to Polska co najmniej z lat 90. Brzmi dość ekscentrycznie ale jest to fakt i warto przekonać się o tym teraz gdy wciąż Gruzja daje taką możliwość. Dobrym przykładem będzie chociażby Polska, kiedy zatraca się swój tradycjonalizm zastępując go oklepanym schematem życia narzuconym przez zachód. Oczywiście jak wszystko ma swoje plusy i minusy ale chcąc zaczerpnąć jeszcze oddech lat 90, przepis jest prosty. Plecak na barki i w drogę!

To była moja druga wizyta w tym kraju. Pierwszy raz byłem podczas półrocznej autostopowej podróży na kontynent azjatycki, a wizyta w Gruzji ograniczała się tylko do wspinaczki na jeden ze szczytów Kaukazu oraz paru dni drogi w kierunku Armenii. Tym razem wróciłem tam chcąc poczuć i poznać jak płynie życie w kraju pysznej kuchni, bogactwa winnego i spokojnego rytmu życia. 

Podróż zaczęła się od miasta Kutaisi położonego w środkowej części kraju. Pierwsze co rzuciło się w oczy to stare budynki szczególnie blokowiska pokazują obraz tego kraju, mówiąc w skrócie skromnego życia. Nie da się ukryć że statystyczny Gruzin żyje o wiele skromniej niż statystyczny Polak i te różnice widać dobitnie właśnie w takich miejscach jak to.

Prawdziwą perełką są targowiska, wbrew pozorom nie tylko znajdujące się tam towary potrafią zatrzymać człowieka na dłużej, a sami sprzedawcy. Przekonaliśmy się o tym podczas naszego pierwszego spaceru przez targ kiedy zostaliśmy zaczepieni przez jednego ze sprzedawców. Przywitał nas tradycyjnym gruzińskim trunkiem czaczą. Po piętnastu minutach wyszliśmy stamtąd nie do końca trzeźwi, a jakby tego było mało to jeszcze najedzeni z zapasem na resztę dnia (już nigdy więcej nie wracaliśmy tamtą drogą).
Trzeba również pamiętać że w momencie kupna swojskiego wina gdzieś na stoisku przyjdzie nam jeszcze wypić na spróbowanie więc trzeba mieć zawsze jakąś rezerwę bo to jest Gruzja,nigdy nie wiadomo kiedy alkohol stanie na naszej drodze. A ceny same w sobie będą zachęcać by to kupić a wybór nie będzie łatwy bo jest tego sporo aż ciężko się połapać szczególnie że nazwy nie należą do najłatwiejszych już nie mówiąc o pisowni gruzińskiej. 

Najpierw degustacja a później dobicie targu.

Hazard po Gruzińsku! Powiem szczerze gdy zobaczyłem ten automat do gry przypomniałem sobie że w ogolę coś takiego istniało. Widziałem to wielokrotnie jako dziecko gdzieś nad polskim wybrzeżem. Tak samo wciągające jak wiele innych gier hazardowych i co istotne nie stoi tam żeby tylko stać bo grają tam również miejscowi. Tak niespodziewane spotkanie w szczególności utrwaliło mnie w przekonaniu że jeszcze nie raz Gruzja nas zaskoczy.

Lotnisko zostało zbudowane w 1964 roku pod nadzorem samego Edmunda Hillary’ego który kilka lat wcześniej zdobył, jako pierwszy człowiek w historii, wraz z Szerpą Tenzingiem Norgayem, szczyt Mount Everest (8848 m). Po śmierci ostatniego z nich czyli w roku 2008 lotnisko zostało przemianowane na ich cześć i od tej pory zwane jest Lotniskiem Tenzing -Hillary Airport Lukla. 

Przez cały czas lotnisko przyczyniało się znacznie w rozwój trudno dostępnego regionu i praktycznie wszystko z czym przyjdzie nam się zetknąć w czasie trekingu znalazło się tam właśnie za sprawą tragarzy niosących to wszystko na własnych barkach właśnie z lotniska w Lukli. Do dnia dzisiejszego w zasadzie jest jedyna alternatywa jeśli chodzi o nieustanne dostarczanie towarów z Katmandu oraz najpopularniejszą, najszybszą i najprostszą formą dla turystów chcących odbyć treking i zobaczyć Mount Everest. 

Bez problemu można znaleźć informacje o lotnisku w Lulki z łatką najniebezpieczniejszego lotniska na świecie a wpływ na to ma niewątpliwie specyficznie krótki pas startowy. Dlatego lotnisko nie jest przeznaczone dla każdego samolotu. Znajduje się tam tylko jeden pas i to zaledwie o długości 460 metrów i szerokości 20 metrów. To sprawia że moją tam lądować tylko samoloty stacjonarne o krótkich startach i lądowaniach ale przy dobrej pogodzie samoloty w ciągu jednego dnia są w stanie przetransportować z Katmandu nawet do kilkuset ludzi. Sam pas startowy jest pochylony do góry żeby chociaż tak zniwelować krótki pas. Zaś start samolotu wygląda jak „bilet w jedną stronę” jak już zacznie startować to już nie ma możliwości rezygnacji z tego manewru i albo wzniesie się w powietrze albo runie w dół zbocza.

Kluczową sprawą jest pogoda. Jak to bywa w himalajach jest ona tam bardzo nieprzewidywalna i gwałtowna a do tego dochodzi fakt że lotnisko znajduje się na wysokości 2860 m.n.p.m. przez co niejednokrotnie bywały sytuacje kiedy samolot startował w Katmandu z potwierdzeniem że w Lukli pogoda jest sprzyjająca a po 40 minutowym locie okazywało się że warunki zmienił się na tyle że lądowanie jest niemożliwe i samolot musiał wrócić do Katmandu. 

Mimo wielu procedurom zapobiegających ewentualnym wypadkom wciąż one się zdarzają. Jeden z najbardziej dramatycznych miał miejsce w 2008 roku gdzie samolot uderzył w zbocze góry kilka metrów poniżej startu pasa startowego. Wszystkich 16 pasażerów i dwóch z trzech członków załogi zginęło a jedyną ocalałą osobą był Pilot. Niestety lista wypadków jakie wydarzyła się na Lukli jest dłuższa i niemal każda jest okupiona ofiarami. 

DEATH PLUNGE: CCTV footage shows how Goma Air’s plane misses the runway and crashes.

Opublikowany przez The Kathmandu Post Środa, 7 czerwca 2017

Materiał dobitnie pokazujący jak niewiele tam brakuje do tragedii. Źródło nagrania: The Kathmandu Post (Facebook)

 

Lotnisko zostało zbudowane w 1964 roku pod nadzorem samego Edmunda Hillary’ego który kilka lat wcześniej zdobył, jako pierwszy człowiek w historii, wraz z Szerpą Tenzingiem Norgayem, szczyt Mount Everest (8848 m). Po śmierci ostatniego z nich czyli w roku 2008 lotnisko zostało przemianowane na ich cześć i od tej pory zwane jest Lotniskiem Tenzing -Hillary Airport Lukla. 

Przez cały czas lotnisko przyczyniało się znacznie w rozwój trudno dostępnego regionu i praktycznie wszystko z czym przyjdzie nam się zetknąć w czasie trekingu znalazło się tam właśnie za sprawą tragarzy niosących to wszystko na własnych barkach właśnie z lotniska w Lukli. Do dnia dzisiejszego w zasadzie jest jedyna alternatywa jeśli chodzi o nieustanne dostarczanie towarów z Katmandu oraz najpopularniejszą, najszybszą i najprostszą formą dla turystów chcących odbyć treking i zobaczyć Mount Everest. 

Bez problemu można znaleźć informacje o lotnisku w Lulki z łatką najniebezpieczniejszego lotniska na świecie a wpływ na to ma niewątpliwie specyficznie krótki pas startowy. Dlatego lotnisko nie jest przeznaczone dla każdego samolotu. Znajduje się tam tylko jeden pas i to zaledwie o długości 460 metrów i szerokości 20 metrów. To sprawia że moją tam lądować tylko samoloty stacjonarne o krótkich startach i lądowaniach ale przy dobrej pogodzie samoloty w ciągu jednego dnia są w stanie przetransportować z Katmandu nawet do kilkuset ludzi. Sam pas startowy jest pochylony do góry żeby chociaż tak zniwelować krótki pas. Zaś start samolotu wygląda jak „bilet w jedną stronę” jak już zacznie startować to już nie ma możliwości rezygnacji z tego manewru i albo wzniesie się w powietrze albo runie w dół zbocza.

Kluczową sprawą jest pogoda. Jak to bywa w himalajach jest ona tam bardzo nieprzewidywalna i gwałtowna a do tego dochodzi fakt że lotnisko znajduje się na wysokości 2860 m.n.p.m. przez co niejednokrotnie bywały sytuacje kiedy samolot startował w Katmandu z potwierdzeniem że w Lukli pogoda jest sprzyjająca a po 40 minutowym locie okazywało się że warunki zmienił się na tyle że lądowanie jest niemożliwe i samolot musiał wrócić do Katmandu. 

Mimo wielu procedurom zapobiegających ewentualnym wypadkom wciąż one się zdarzają. Jeden z najbardziej dramatycznych miał miejsce w 2008 roku gdzie samolot uderzył w zbocze góry kilka metrów poniżej startu pasa startowego. Wszystkich 16 pasażerów i dwóch z trzech członków załogi zginęło a jedyną ocalałą osobą był Pilot. Niestety lista wypadków jakie wydarzyła się na Lukli jest dłuższa i niemal każda jest okupiona ofiarami. 

DEATH PLUNGE: CCTV footage shows how Goma Air’s plane misses the runway and crashes.

Opublikowany przez The Kathmandu Post Środa, 7 czerwca 2017

Materiał dobitnie pokazujący jak niewiele tam brakuje do tragedii. Źródło nagrania: The Kathmandu Post (Facebook)

 

Te efektowne pokazy na których zaklinacze węży potrafią zarobić naprawdę spore sumki od 1991 roku oficjalnie są zabronione. Jednak jak już zdążyłem się przyzwyczaić w czasie moich podróży to co jest zabronione czasami ma się bardzo dobrze i za bardzo nikt nie wyciąga szczególnych konsekwencji. Pomimo wieloletniego zakazu wciąż można spotkać zaklinaczy węży na Indyjskich ulicach i wciąż jest to bardzo popularne szczególnie w turystycznych miejscach.

 

Najpopularniejszym wężem biorącym udział w pokazach jest kobra Indyjska a wszystko przez swój unikatowy wygląd gry rozkłada szeroko charakterystyczny kaptur ponad to w hinduizmie kobra jest uważana za świętość ponieważ jedna z legend głosi, że kiedy Budda wybrał się na jedną ze swoich wędrówek, zasnął na pustyni. To właśnie kobra swym kapturem osłoniła go od słońca. Od tej pory w Indiach kobra czczona jest jako obiekt kultu. Zamieszkuje ona praktycznie wszystkie kraje ościenne Indii takie jak Pakistan, Nepal, Bhutan, Sir Lanka, Bangladesz a nawet można ją spotkać we wschodnim Afganistanie. Ten wąż dysponuje bardzo silnym jadem zawierającym neurotoksyny, porażające układ nerwowy i brak natychmiastowej pomocy zaraz po ukąszeniu może dojść do śmierci nawet zdrowego, dorosłego człowieka.

Dlaczego władze nie patrzą przychylnie na takie pokazy? Powód jest bardzo prosty. Kurcząca się populacja kobry indyjskiej poprzez masowe wyłapywanie. Ale to jeszcze nie wszystko gdyż zanim wąż trafi na ulice ze swoim zaklinaczem zazwyczaj przechodzi szereg różnych eksperymentów pozwalających by wąż był jak najbardziej potulny dla swojego właściciela. Od zaszywania pyska po otumanianie ich różnymi środkami. Istotną sprawą jest to że tak niebezpieczna kobra jest pozbawiona swojego śmiercionośnego oręża zazwyczaj przez tą samą osobę z którą będzie paradowała wśród ulicznego gwaru. Co prawda nie wyobrażam sobie żeby taki wąż nie miał usuniętych zębów jadowych choć szczerze mogę powiedzieć że w sytuacji gdy ma się kontakt z taką kobrą przez myśl przechodzi pytanie czy ów magiczny zaklinacz zna się w pełni na tej profesji i usunął prawidłowo zęby jadowe a trzeba pamiętać że nawet usunięte zęby z czasem odrastają a jad jest produkowany bez przerwy.

Taką ciekawostką może być fakt że węże są głuche więc to że tańczą przed siedzącym tuż obok zaklinaczem nie jest zasługą melodii jaka wydobywa się z fujarki lecz ruchu palców i wibracji jakie wytwarza instrument.  

Te efektowne pokazy na których zaklinacze węży potrafią zarobić naprawdę spore sumki od 1991 roku oficjalnie są zabronione. Jednak jak już zdążyłem się przyzwyczaić w czasie moich podróży to co jest zabronione czasami ma się bardzo dobrze i za bardzo nikt nie wyciąga szczególnych konsekwencji. Pomimo wieloletniego zakazu wciąż można spotkać zaklinaczy węży na Indyjskich ulicach i wciąż jest to bardzo popularne szczególnie w turystycznych miejscach.

 

Najpopularniejszym wężem biorącym udział w pokazach jest kobra Indyjska a wszystko przez swój unikatowy wygląd gry rozkłada szeroko charakterystyczny kaptur ponad to w hinduizmie kobra jest uważana za świętość ponieważ jedna z legend głosi, że kiedy Budda wybrał się na jedną ze swoich wędrówek, zasnął na pustyni. To właśnie kobra swym kapturem osłoniła go od słońca. Od tej pory w Indiach kobra czczona jest jako obiekt kultu. Zamieszkuje ona praktycznie wszystkie kraje ościenne Indii takie jak Pakistan, Nepal, Bhutan, Sir Lanka, Bangladesz a nawet można ją spotkać we wschodnim Afganistanie. Ten wąż dysponuje bardzo silnym jadem zawierającym neurotoksyny, porażające układ nerwowy i brak natychmiastowej pomocy zaraz po ukąszeniu może dojść do śmierci nawet zdrowego, dorosłego człowieka.

Dlaczego władze nie patrzą przychylnie na takie pokazy? Powód jest bardzo prosty. Kurcząca się populacja kobry indyjskiej poprzez masowe wyłapywanie. Ale to jeszcze nie wszystko gdyż zanim wąż trafi na ulice ze swoim zaklinaczem zazwyczaj przechodzi szereg różnych eksperymentów pozwalających by wąż był jak najbardziej potulny dla swojego właściciela. Od zaszywania pyska po otumanianie ich różnymi środkami. Istotną sprawą jest to że tak niebezpieczna kobra jest pozbawiona swojego śmiercionośnego oręża zazwyczaj przez tą samą osobę z którą będzie paradowała wśród ulicznego gwaru. Co prawda nie wyobrażam sobie żeby taki wąż nie miał usuniętych zębów jadowych choć szczerze mogę powiedzieć że w sytuacji gdy ma się kontakt z taką kobrą przez myśl przechodzi pytanie czy ów magiczny zaklinacz zna się w pełni na tej profesji i usunął prawidłowo zęby jadowe a trzeba pamiętać że nawet usunięte zęby z czasem odrastają a jad jest produkowany bez przerwy.

Taką ciekawostką może być fakt że węże są głuche więc to że tańczą przed siedzącym tuż obok zaklinaczem nie jest zasługą melodii jaka wydobywa się z fujarki lecz ruchu palców i wibracji jakie wytwarza instrument.  

Masala Chai
Jest to indyjska herbata z mlekiem i przyprawami która z pewnością jest kwintesencją tamtejszej kultury. W każdym miejscu pije się tą pyszną herbatę od domostw przez knajpki po uliczne stragany i otwarcie można przyznać że picie jej jest nieodłącznym elementem każdej pory dnia. Jej specyficznie dobrane składniki tworzą jedyną w swoim rodzaju herbatę. Może troszkę więcej czasu potrzeba na jej przygotowanie niż klasyczną herbatę jednak zapewniam, warto! 

Właściwości Masala Chai
Ale to jeszcze nie wszystko bo nie dość że dobrze smakuje to jeszcze wpływa pozytywnie na nasze ciało m.in wspiera układ krwionośny, rozszerza naczynia, przyśpiesza trawienie, poprawa pracę wątroby i żołądka oraz niweluje cholesterol ! Ale to jeszcze nie wszystko. Przyprawy dodawane do Masala Chai mają właściwości przeciwzapalne i przeciwgrzybicze.

Ciekawostka
Bardzo popularne jest picie herbaty ze specyficznego glinianego naczynka w zasadzie najczęściej można się z tym zetknąć na ulicy gdy ktoś prowadzi swój „herbaciany interes” Co ciekawe po wypiciu herbaty gliniane naczynie jest tłuczone o ziemię. Takim miejscem gdzie najbardziej rzuciło mi się to w oczy była Kalkuta. Powód takiego czegoś pewnie jest kilka jednym z pierwszych jest to aby przypadkiem osoby z różnych klas społecznych nie dotknęły ustami tego samego naczynia. A drugi bardziej prosty że zrobienie takiego naczynka jest kosmicznie tanie wręcz symboliczne nawet jak na Indie.

Co użyjemy do zrobienia Masala Chai?

  • 300 ml wody
  • 500 ml mleka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • ½ łyżeczki kardamonu
  • ½ łyżeczki imbiru
  • 2 łyżki czarnej herbaty (najlepiej Assam)
  • Cukier (jak kto woli może być brązowy, palmowy, kokosowy a nawet można zastąpić miodem jedynie co należy pamiętać że herbata ma być słodka także sypać nie żałować!) 

(W zależności od regiony proporcje i mieszanki przypraw mogą się od siebie różnić jednak ta przedstawiona przeze mnie wydaje mi się chyba najbardziej popularną.)

W pierwszej kolejności umieszczamy wodę z mlekiem w niewielkim garnku i gotujemy do momentu wrzenia. Następnie dodajemy wszystkie wymienione przyprawy i gotujemy tym razem na małym ogniu przez 2-3 minuty (trzeba pamiętać żeby nie wykipiało). 
Kolejnym krokiem jest dodanie do tego wszystkiego herbaty i gotujemy przez kolejne 5 minut. Ostatnim elementem jest dodanie cukru ale to dopiero po zakończeniu gotowania a najlepiej gdy to wszystko trochę przestygnie ( pamiętać że herbata ma być nieco słodsza)
Dobrze jest na koniec przecedzić przez sitko w momencie wlewania herbaty do szklanki. I to byłoby na tyle także życzę pomyślnego gotowania!!! ;)))

Masala Chai
Jest to indyjska herbata z mlekiem i przyprawami która z pewnością jest kwintesencją tamtejszej kultury. W każdym miejscu pije się tą pyszną herbatę od domostw przez knajpki po uliczne stragany i otwarcie można przyznać że picie jej jest nieodłącznym elementem każdej pory dnia. Jej specyficznie dobrane składniki tworzą jedyną w swoim rodzaju herbatę. Może troszkę więcej czasu potrzeba na jej przygotowanie niż klasyczną herbatę jednak zapewniam, warto! 

Właściwości Masala Chai
Ale to jeszcze nie wszystko bo nie dość że dobrze smakuje to jeszcze wpływa pozytywnie na nasze ciało m.in wspiera układ krwionośny, rozszerza naczynia, przyśpiesza trawienie, poprawa pracę wątroby i żołądka oraz niweluje cholesterol ! Ale to jeszcze nie wszystko. Przyprawy dodawane do Masala Chai mają właściwości przeciwzapalne i przeciwgrzybicze.

Ciekawostka
Bardzo popularne jest picie herbaty ze specyficznego glinianego naczynka w zasadzie najczęściej można się z tym zetknąć na ulicy gdy ktoś prowadzi swój „herbaciany interes” Co ciekawe po wypiciu herbaty gliniane naczynie jest tłuczone o ziemię. Takim miejscem gdzie najbardziej rzuciło mi się to w oczy była Kalkuta. Powód takiego czegoś pewnie jest kilka jednym z pierwszych jest to aby przypadkiem osoby z różnych klas społecznych nie dotknęły ustami tego samego naczynia. A drugi bardziej prosty że zrobienie takiego naczynka jest kosmicznie tanie wręcz symboliczne nawet jak na Indie.

Co użyjemy do zrobienia Masala Chai?

  • 300 ml wody
  • 500 ml mleka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • ½ łyżeczki kardamonu
  • ½ łyżeczki imbiru
  • 2 łyżki czarnej herbaty (najlepiej Assam)
  • Cukier (jak kto woli może być brązowy, palmowy, kokosowy a nawet można zastąpić miodem jedynie co należy pamiętać że herbata ma być słodka także sypać nie żałować!) 

(W zależności od regiony proporcje i mieszanki przypraw mogą się od siebie różnić jednak ta przedstawiona przeze mnie wydaje mi się chyba najbardziej popularną.)

W pierwszej kolejności umieszczamy wodę z mlekiem w niewielkim garnku i gotujemy do momentu wrzenia. Następnie dodajemy wszystkie wymienione przyprawy i gotujemy tym razem na małym ogniu przez 2-3 minuty (trzeba pamiętać żeby nie wykipiało). 
Kolejnym krokiem jest dodanie do tego wszystkiego herbaty i gotujemy przez kolejne 5 minut. Ostatnim elementem jest dodanie cukru ale to dopiero po zakończeniu gotowania a najlepiej gdy to wszystko trochę przestygnie ( pamiętać że herbata ma być nieco słodsza)
Dobrze jest na koniec przecedzić przez sitko w momencie wlewania herbaty do szklanki. I to byłoby na tyle także życzę pomyślnego gotowania!!! ;)))

Muszę przyznać że ceny na trasie trekingu Base Camp Everest są niczym wejście „butem w drzwi” do portfela przyjezdnych. Wbrew pozorom okazuje się że ceny w porównaniu z chociażby Katmandu różnią się niesamowicie. Aczkolwiek te wygórowane ceny tyczą się głównie żywności. Bo na tym starają się zarabiać miejscowi. Skąd taka przepaść? Otóż wszystko to co znajduje się w wyższych partiach zostało przetransportowane do Lukli samolotem z Katmandu a z Lukli tragarze wnoszą na wyżej położone osady i wszystko na własnych plecach krok po kroczku. Niosą dosłownie wszystko od produktów spożywczych po ciężkie elementy budowlane (zapraszam do wpisu o tragarzach tutaj).

Asortyment w napotkanych po drodze sklepikach lub knajpkach jest skromny. Praktycznie po kilka produktów z każdego rodzaju żywności. Dla przykładu:

Snickers
Karmandu: 30-40 Rupii Nepalskich (1-1,40 złotych)
W czasie trekingu: 300-400 Rupii Nepalskich (10-13 złotych)
Mała Coca-Cola
Katmandu: 70-100 Rupii Nepalskich (2,40-3,40 złotych)

W czasie trekingu: 300-500 Rupii Nepalskich (10-16,80 złotych)
Herbata

Katmandu: 10-40 Rupii Nepalskich ( 0.40-1,30 złotych)
W czasie trekingu: 100-200 Rupii Nepalskich (3,40-6,80 złotych)
Pierożki Momo
Katmandu: 100 Rupii Nepalskich ( 3,40 złotych)

W czasie trekingu: 600-1200 Rupii Nepalskich (20-40 złotych)
Woda

Katmandu: 20-40 Rupii Nepalskich ( 0,70-1,40 złotych)
W czasie trekingu: 100-200 Rupii Nepalskich (3,40-6,80 złotych)

Noclegi

Z noclegiem bywa różnie bo niemal wszędzie górna granica to 500 Rupii Nepalskich(16 złotych) aczkolwiek niejednokrotnie zdarzyło mi się że nocleg proponowano zupełnie za darmo! Tak to jest możliwe. Warunek jest następujący korzystać z menu jakie serwują w danym miejscu. Standard praktycznie wszędzie jest ten sam krótko mówiąc jest skromnie. 

Muszę przyznać że ceny na trasie trekingu Base Camp Everest są niczym wejście „butem w drzwi” do portfela przyjezdnych. Wbrew pozorom okazuje się że ceny w porównaniu z chociażby Katmandu różnią się niesamowicie. Aczkolwiek te wygórowane ceny tyczą się głównie żywności. Bo na tym starają się zarabiać miejscowi. Skąd taka przepaść? Otóż wszystko to co znajduje się w wyższych partiach zostało przetransportowane do Lukli samolotem z Katmandu a z Lukli tragarze wnoszą na wyżej położone osady i wszystko na własnych plecach krok po kroczku. Niosą dosłownie wszystko od produktów spożywczych po ciężkie elementy budowlane (zapraszam do wpisu o tragarzach tutaj).

Asortyment w napotkanych po drodze sklepikach lub knajpkach jest skromny. Praktycznie po kilka produktów z każdego rodzaju żywności. Dla przykładu:

Snickers
Karmandu: 30-40 Rupii Nepalskich (1-1,40 złotych)
W czasie trekingu: 300-400 Rupii Nepalskich (10-13 złotych)
Mała Coca-Cola
Katmandu: 70-100 Rupii Nepalskich (2,40-3,40 złotych)

W czasie trekingu: 300-500 Rupii Nepalskich (10-16,80 złotych)
Herbata

Katmandu: 10-40 Rupii Nepalskich ( 0.40-1,30 złotych)
W czasie trekingu: 100-200 Rupii Nepalskich (3,40-6,80 złotych)
Pierożki Momo
Katmandu: 100 Rupii Nepalskich ( 3,40 złotych)

W czasie trekingu: 600-1200 Rupii Nepalskich (20-40 złotych)
Woda

Katmandu: 20-40 Rupii Nepalskich ( 0,70-1,40 złotych)
W czasie trekingu: 100-200 Rupii Nepalskich (3,40-6,80 złotych)

Noclegi

Z noclegiem bywa różnie bo niemal wszędzie górna granica to 500 Rupii Nepalskich(16 złotych) aczkolwiek niejednokrotnie zdarzyło mi się że nocleg proponowano zupełnie za darmo! Tak to jest możliwe. Warunek jest następujący korzystać z menu jakie serwują w danym miejscu. Standard praktycznie wszędzie jest ten sam krótko mówiąc jest skromnie. 

Wysokogórscy tragarze to niezmordowana i niesamowita grupa ludzi która zaopatruje trudno dostępne wioski położone bardzo wysoko nad poziomem morza. Transportują oni dosłownie wszystko od produktów spożywczych po ciężkie elementy budowlane. Jest to niewyobrażalnie czasem kiedy myśli się że wszystko to z czym się zetkniemy albo zobaczymy znalazło się tam za sprawą ludzkiej siły. Idą pochyleni stawiając malutkie kroczki robiąc od czasu do czasu przystanek żeby odetchnąć. Każdy kto był na wyższych wysokościach wie że czasami zwykła czynność potrafi być o krocie trudniejsza niż na nizinach a tutaj przychodzi im konfrontować się z olbrzymimi obciążeniami. Bez względu na warunki pogodowe zawsze można natknąć się na nich gdzieś na trasie która nie jest wyłożona chodnikiem a wręcz przeciwnie. 

Rozróżnić można dwa typy tragarzy, lokalni i komercyjni. W brew pozorom ci pierwsi to prawdziwi herosi. Ich ładunki czasami potrafią przekroczyć 100 kilogramów. Jest to niewyobrażalne obciążenie szczególnie gdy posturą nawet nie dorównują statystycznemu Europejczykowi. Są to drobnej budowy mężczyźni jak i również kobiety ale za to o ogromnej sile i wytrzymałości. Można ich spotkać niemal od początku gdzie nie ma możliwości transportu samochodem czyli od Jiri bądź Salleri i tak aż po najwyższe partie powyżej 5 tysięcy metrów włącznie z Base Camp Everestu . Z tymi którymi udało mi się dogadać nie ukrywali jakie zarobki są w tym biznesie. Ci który niosą 100 kilogramów za odcinek Lukla – Namche Bazar zarobią 5.000 Rupii Nepalskich (174 zł) (44$). Dokładnie 50 rupii za jeden kilogram ładunku.
Ci komercyjni zarabiają dużo więcej jednak oni nie mają takich ulg jak ci lokalni i muszą płacić tyle samo za jedzenie co chociażby turyści. Jedzenie jest kolosalnie drogie ze względu na to że musi być to wniesione. 30 dolarów za dzień usłyszałem od jednego tragarza niosącego o wiele mniejszy ładunek czasami nawet mniejszy niż ja noszę na własnych plecach i w tym przypadku opłacany przez Koreańska ekspedycję. Z początku wydało mi się to dobrym zarobkiem jednak po kalkulacji i po tym co mu przedstawił wyszło że wcale tak kolorowo nie jest. Jakby nie patrzeć oni również zasługują na nisko pochylone czoło bo to ciężki kawałek chleba za który chwyta się ogromna liczba ludzi.

 

 

Wysokogórscy tragarze to niezmordowana i niesamowita grupa ludzi która zaopatruje trudno dostępne wioski położone bardzo wysoko nad poziomem morza. Transportują oni dosłownie wszystko od produktów spożywczych po ciężkie elementy budowlane. Jest to niewyobrażalnie czasem kiedy myśli się że wszystko to z czym się zetkniemy albo zobaczymy znalazło się tam za sprawą ludzkiej siły. Idą pochyleni stawiając malutkie kroczki robiąc od czasu do czasu przystanek żeby odetchnąć. Każdy kto był na wyższych wysokościach wie że czasami zwykła czynność potrafi być o krocie trudniejsza niż na nizinach a tutaj przychodzi im konfrontować się z olbrzymimi obciążeniami. Bez względu na warunki pogodowe zawsze można natknąć się na nich gdzieś na trasie która nie jest wyłożona chodnikiem a wręcz przeciwnie. 

Rozróżnić można dwa typy tragarzy, lokalni i komercyjni. W brew pozorom ci pierwsi to prawdziwi herosi. Ich ładunki czasami potrafią przekroczyć 100 kilogramów. Jest to niewyobrażalne obciążenie szczególnie gdy posturą nawet nie dorównują statystycznemu Europejczykowi. Są to drobnej budowy mężczyźni jak i również kobiety ale za to o ogromnej sile i wytrzymałości. Można ich spotkać niemal od początku gdzie nie ma możliwości transportu samochodem czyli od Jiri bądź Salleri i tak aż po najwyższe partie powyżej 5 tysięcy metrów włącznie z Base Camp Everestu . Z tymi którymi udało mi się dogadać nie ukrywali jakie zarobki są w tym biznesie. Ci który niosą 100 kilogramów za odcinek Lukla – Namche Bazar zarobią 5.000 Rupii Nepalskich (174 zł) (44$). Dokładnie 50 rupii za jeden kilogram ładunku.
Ci komercyjni zarabiają dużo więcej jednak oni nie mają takich ulg jak ci lokalni i muszą płacić tyle samo za jedzenie co chociażby turyści. Jedzenie jest kolosalnie drogie ze względu na to że musi być to wniesione. 30 dolarów za dzień usłyszałem od jednego tragarza niosącego o wiele mniejszy ładunek czasami nawet mniejszy niż ja noszę na własnych plecach i w tym przypadku opłacany przez Koreańska ekspedycję. Z początku wydało mi się to dobrym zarobkiem jednak po kalkulacji i po tym co mu przedstawił wyszło że wcale tak kolorowo nie jest. Jakby nie patrzeć oni również zasługują na nisko pochylone czoło bo to ciężki kawałek chleba za który chwyta się ogromna liczba ludzi.

 

 

Stupa Boudhanath choć jest również nazywana jako Jharung Khashor. Zbudowana w V wieku i jest jedną z najstarszych i największych stup na świecie. Gdy po raz pierwszy zawitałem w Katmandu w 2016 roku było mi dane zobaczyć tylko zaledwie mały skrawek tej wspaniałej budowli. Powód to zniszczenia po trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło Nepal w 2015 roku. Zniszczenia były na tyle poważne że trzeba było rozpocząć renowację w rezultacie cała konstrukcja nad kopułą i zawarte w niej relikwie religijne musiały zostać usunięte. I dopiero teraz mogłem ujrzeć ją w całej okazałości.
Gdy jej rówieśniczka Swayambhunath góruje nad miastem Boudhanath jest zatopiona w miejskim ścisku jednak jeszcze w 1979 roku jak pokazuje historyczne zdjęcie stupa była otoczona zaledwie przez budynki w swoim najbliższym sąsiedztwie a dalej rozciągały się pola co pokazuje jak szybko rozrosła się taka aglomeracja jak Katmandu. 
Istnieje wiele legend o Boudhanath i każda z nich jak przystało na legendę ma ciekawą historię, oto jedna z nich.

Legenda budowy stupy według mitologii buddyjskiej Newar.

Według historii Nepalu pałac króla Bikramadityi stał kiedyś w miejscu, gdzie obecnie stoi pałac Narayanhity. Król Vikramaditya pouczył, że Dhunge Dhara powinna zostać zbudowana w innym miejscu dokładnie w południowej części dziedzińca pałacowego lecz tam panował całkowity brak wody. W tej kwestii król skonsultował się z astrologami i oni zaś zasugerowali, że niezbędna jest ofiara ludzka płci męskiej posiadającym Battis-Lakshanas i wiele doskonałości. Takim kryteriom odpowiadał sam król i jego dwaj synowie. Król po namyśle postanowił poświęcić jednego z synów aby w Dhunge Dhara pojawiła się woda. Drugi syn z żalu po stracie brata wszedł z kurą na górę Bajrayogini i postanowił skonstruować stupę tam gdzie kura wyładuje. I tak jak postanowił tak zrobił. W tym samym czasie miejsce nawiedziła susza, a mieszkańcom udało się zmniejszyć niedobór wody poprzez zbieranie kropel rosy. Tak więc miejsce to nazwano Khāsti. „Khas” odnosi się do rosy a „ti” do kropli.

 

Stupa Boudhanath choć jest również nazywana jako Jharung Khashor. Zbudowana w V wieku i jest jedną z najstarszych i największych stup na świecie. Gdy po raz pierwszy zawitałem w Katmandu w 2016 roku było mi dane zobaczyć tylko zaledwie mały skrawek tej wspaniałej budowli. Powód to zniszczenia po trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło Nepal w 2015 roku. Zniszczenia były na tyle poważne że trzeba było rozpocząć renowację w rezultacie cała konstrukcja nad kopułą i zawarte w niej relikwie religijne musiały zostać usunięte. I dopiero teraz mogłem ujrzeć ją w całej okazałości.
Gdy jej rówieśniczka Swayambhunath góruje nad miastem Boudhanath jest zatopiona w miejskim ścisku jednak jeszcze w 1979 roku jak pokazuje historyczne zdjęcie stupa była otoczona zaledwie przez budynki w swoim najbliższym sąsiedztwie a dalej rozciągały się pola co pokazuje jak szybko rozrosła się taka aglomeracja jak Katmandu. 
Istnieje wiele legend o Boudhanath i każda z nich jak przystało na legendę ma ciekawą historię, oto jedna z nich.

Legenda budowy stupy według mitologii buddyjskiej Newar.

Według historii Nepalu pałac króla Bikramadityi stał kiedyś w miejscu, gdzie obecnie stoi pałac Narayanhity. Król Vikramaditya pouczył, że Dhunge Dhara powinna zostać zbudowana w innym miejscu dokładnie w południowej części dziedzińca pałacowego lecz tam panował całkowity brak wody. W tej kwestii król skonsultował się z astrologami i oni zaś zasugerowali, że niezbędna jest ofiara ludzka płci męskiej posiadającym Battis-Lakshanas i wiele doskonałości. Takim kryteriom odpowiadał sam król i jego dwaj synowie. Król po namyśle postanowił poświęcić jednego z synów aby w Dhunge Dhara pojawiła się woda. Drugi syn z żalu po stracie brata wszedł z kurą na górę Bajrayogini i postanowił skonstruować stupę tam gdzie kura wyładuje. I tak jak postanowił tak zrobił. W tym samym czasie miejsce nawiedziła susza, a mieszkańcom udało się zmniejszyć niedobór wody poprzez zbieranie kropel rosy. Tak więc miejsce to nazwano Khāsti. „Khas” odnosi się do rosy a „ti” do kropli.

 

Co łączy wszystkie największe religie świata? To że każda posiada jedyne w swoim rodzaju miejsce które jest ważnym punktem dla wyznawców danej religii bywa nawet że podlega to pod obowiązek by chociaż raz w życiu odwiedzić je osobiście. Chrześcijanie mają Watykan, Muzułmanie Mekkę, Sikowie Amritsar a Hindusi? Hindusi mają Waranasi… Miasto położone w północnej części Indii nad rzeką Ganges.

Waranasi jest kulturalnym centrum północnych Indii od setek lat a brzeg Gangesu stał się tam najważniejszym punktem w Hinduizmie. Obecnie przybywają tam wierni z całych Indii i nie tylko bowiem wierzą że Ganges jest świętą rzeką a największy zaszczyt jaki mogą dostąpić w swoim istnieniu to po śmierci zostać skremowanym u brzegu „świętej rzeki” właśnie w Waranasi a następnie prochy do niej wrzucone. Taki akt pozwala im osiągnąć zbawienie. Na taki pochówek mogą liczyć osoby które mają rodzinę skłonną wydać pieniądze na stos drzewa niezbędnego do rytualnego pochówku oraz osobę przygotowującej ciało.

Gathy to po prostu schody prowadzące do wody i jest ich tam sporo jednak tymi gdzie dokonuje się kremacji są tylko dwie Manikarnika i Harischandra. Okolice Gath niczym nie różnią się od innych miejsc w Indiach więc trzeba być przygotowanym ja wszechobecny brud i niezliczone ilości bezdomnych i intryganckich sprzedawców ale z tym każdy musi się liczyć zanim postawi nogę na Indyjskiej ziemi. Zaś same Gathy są oblegane przez miejscowych modlą się tam, myją , odpoczywają.
Akurat gdy ja odwiedziłem Waranasi trwa jeszcze sezon monsunowy więc poziom rzeki jest dość wysoki z tego powodu nie było możliwości spaceru wzdłuż linii brzegowej bez możliwości omijaniu zalanych budynków lub innych miejskich zabudowań.
Miejsce kremacji znalazłem bardzo szybko i jest to niezwykle dziwne uczucie gdy widzi się palące ciało. Wbrew po za zapachem drewna nie czuć nic nieprzyjemnego choć przyznam że bardziej wrażliwe osoby miałby problem przybywania tam dla samego widoku. Ciało z początku jest owinięte w szaty oraz przystrojone kwiatami jednak szybko nic z tego nie zostaje. W czasie takich ceremonii rodzina wrzuca proch który jeszcze bardziej roznieca ognisko. Pierwszy raz zobaczyłem taką kremację w dzień jednak to co doświadczyłem w nocy naprawdę przyprawiło mnie o ciarki na plecach. Kiedy wszyscy turyści jak i miejscowi byli zajęci ceremonią na gatach ja udałem się z powrotem w okolice kremacji i to było coś nie do podrobienia. Stało kilka palących się stosów a w tle słychać było aż ogłuszające dzwonki i bębny. Obrzęd który odbywa się na oczach rodziny i również przypadkowych osób jest czymś nie do podrobienia i nie do pomyślenia z punktu europejskiej mentalności że w 21 wieku można doświadczyć czegoś takiego. Ale to są Indie! Szokują na każdym kroku.

 

 

Co łączy wszystkie największe religie świata? To że każda posiada jedyne w swoim rodzaju miejsce które jest ważnym punktem dla wyznawców danej religii bywa nawet że podlega to pod obowiązek by chociaż raz w życiu odwiedzić je osobiście. Chrześcijanie mają Watykan, Muzułmanie Mekkę, Sikowie Amritsar a Hindusi? Hindusi mają Waranasi… Miasto położone w północnej części Indii nad rzeką Ganges.

Waranasi jest kulturalnym centrum północnych Indii od setek lat a brzeg Gangesu stał się tam najważniejszym punktem w Hinduizmie. Obecnie przybywają tam wierni z całych Indii i nie tylko bowiem wierzą że Ganges jest świętą rzeką a największy zaszczyt jaki mogą dostąpić w swoim istnieniu to po śmierci zostać skremowanym u brzegu „świętej rzeki” właśnie w Waranasi a następnie prochy do niej wrzucone. Taki akt pozwala im osiągnąć zbawienie. Na taki pochówek mogą liczyć osoby które mają rodzinę skłonną wydać pieniądze na stos drzewa niezbędnego do rytualnego pochówku oraz osobę przygotowującej ciało.

Gathy to po prostu schody prowadzące do wody i jest ich tam sporo jednak tymi gdzie dokonuje się kremacji są tylko dwie Manikarnika i Harischandra. Okolice Gath niczym nie różnią się od innych miejsc w Indiach więc trzeba być przygotowanym ja wszechobecny brud i niezliczone ilości bezdomnych i intryganckich sprzedawców ale z tym każdy musi się liczyć zanim postawi nogę na Indyjskiej ziemi. Zaś same Gathy są oblegane przez miejscowych modlą się tam, myją , odpoczywają.
Akurat gdy ja odwiedziłem Waranasi trwa jeszcze sezon monsunowy więc poziom rzeki jest dość wysoki z tego powodu nie było możliwości spaceru wzdłuż linii brzegowej bez możliwości omijaniu zalanych budynków lub innych miejskich zabudowań.
Miejsce kremacji znalazłem bardzo szybko i jest to niezwykle dziwne uczucie gdy widzi się palące ciało. Wbrew po za zapachem drewna nie czuć nic nieprzyjemnego choć przyznam że bardziej wrażliwe osoby miałby problem przybywania tam dla samego widoku. Ciało z początku jest owinięte w szaty oraz przystrojone kwiatami jednak szybko nic z tego nie zostaje. W czasie takich ceremonii rodzina wrzuca proch który jeszcze bardziej roznieca ognisko. Pierwszy raz zobaczyłem taką kremację w dzień jednak to co doświadczyłem w nocy naprawdę przyprawiło mnie o ciarki na plecach. Kiedy wszyscy turyści jak i miejscowi byli zajęci ceremonią na gatach ja udałem się z powrotem w okolice kremacji i to było coś nie do podrobienia. Stało kilka palących się stosów a w tle słychać było aż ogłuszające dzwonki i bębny. Obrzęd który odbywa się na oczach rodziny i również przypadkowych osób jest czymś nie do podrobienia i nie do pomyślenia z punktu europejskiej mentalności że w 21 wieku można doświadczyć czegoś takiego. Ale to są Indie! Szokują na każdym kroku.

 

 

Rohtang Pass to przełęcz na wysokości 3978 m.n.p.m. i jest starożytną drogą handlową między mieszkającymi ludźmi po obu stronach przełęczy. Jest to cel wielu motocyklistów, i rowerzystów a osoby udające się w odleglejsze zakątki Kaszmiru również nie przejadą tamtędy obojętnie. Można powiedzieć że wszystko zaczyna się od Manali, stolicy haszyszu i marihuany według miejscowych jednak właśnie od tego miejsca konsekwentnie nabiera się wysokości przez ponad 50 kilometrów a przez ostatnie 20 kilometrów to już nie lada sprawdzian dla silników ciężarówek no i umiejętności kierowców. To pierwsze zweryfikują podjazdy a drugie odcinki gdzie nie ma możliwości przejazdu dwóch pojazdów z naprzeciwka a barierek lub kamiennych bloków chroniących przed runięciem w przepaść brak! Szczególnie w czasie monsunu zdarzają się niespodzianki w postaci osuniętej ziemi, spadających z góry głazów czy wypłukanej do samych kamieni jezdni. Droga przejezdna jest zaledwie od Maja do Listopada co świadczy jak mocno jest niedostępna w mniej sprzyjających warunkach. Generalnie Rohtang Pass nie jest aż tak wybitnie wysoki ani trudny do przejścia pieszo według himalajskich standardów, ale ma zasłużoną reputację jako niebezpieczny z powodu nieprzewidywalnych śnieżyc i zamieci nawet latem.
Najczęściej można spotkać tam ciężarówki jadące z towarami w stronę Kaszmiru.
Na samej przełęczy mieszkańcy okolicznych wiosek prowadzą swoje biznesy od handlu po przejażdżki konne mając nad głowami szczyty nawet 6 tysiączników.

Na tą chwilę rząd stanu Himachal Pradesh zaczął wydawać zezwolenia by ograniczyć przejazd pojazdów w celu zapobiegania zanieczyszczeniom na tym obszarze co ciekawe zezwolenia wydawane co 6 dni i tylko na pierwszych 800 pojazdów benzynowych i 400 pojazdów z silnikiem Diesla.

 

Rohtang Pass to przełęcz na wysokości 3978 m.n.p.m. i jest starożytną drogą handlową między mieszkającymi ludźmi po obu stronach przełęczy. Jest to cel wielu motocyklistów, i rowerzystów a osoby udające się w odleglejsze zakątki Kaszmiru również nie przejadą tamtędy obojętnie. Można powiedzieć że wszystko zaczyna się od Manali, stolicy haszyszu i marihuany według miejscowych jednak właśnie od tego miejsca konsekwentnie nabiera się wysokości przez ponad 50 kilometrów a przez ostatnie 20 kilometrów to już nie lada sprawdzian dla silników ciężarówek no i umiejętności kierowców. To pierwsze zweryfikują podjazdy a drugie odcinki gdzie nie ma możliwości przejazdu dwóch pojazdów z naprzeciwka a barierek lub kamiennych bloków chroniących przed runięciem w przepaść brak! Szczególnie w czasie monsunu zdarzają się niespodzianki w postaci osuniętej ziemi, spadających z góry głazów czy wypłukanej do samych kamieni jezdni. Droga przejezdna jest zaledwie od Maja do Listopada co świadczy jak mocno jest niedostępna w mniej sprzyjających warunkach. Generalnie Rohtang Pass nie jest aż tak wybitnie wysoki ani trudny do przejścia pieszo według himalajskich standardów, ale ma zasłużoną reputację jako niebezpieczny z powodu nieprzewidywalnych śnieżyc i zamieci nawet latem.
Najczęściej można spotkać tam ciężarówki jadące z towarami w stronę Kaszmiru.
Na samej przełęczy mieszkańcy okolicznych wiosek prowadzą swoje biznesy od handlu po przejażdżki konne mając nad głowami szczyty nawet 6 tysiączników.

Na tą chwilę rząd stanu Himachal Pradesh zaczął wydawać zezwolenia by ograniczyć przejazd pojazdów w celu zapobiegania zanieczyszczeniom na tym obszarze co ciekawe zezwolenia wydawane co 6 dni i tylko na pierwszych 800 pojazdów benzynowych i 400 pojazdów z silnikiem Diesla.

 

Istniejąca od ponad tysiąca lat droga św.Jakuba jest jednym z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych, obok szlaków do Rzymu i Jerozolimy. Według legendy ciało św. Jakuba przewieziono łodzią do północnej Hiszpanii, a następnie pochowano w miejscu, w którym dziś znajduje się miasto Santiago de Compostela.

Dokładnie zmierza się do katedry w Santiago de Compostela w Galicji w północno-zachodniej Hiszpanii. Co istotne nie ma jednej drogi prowadzącej do Santiago. Dróg jest bardzo dużo i prowadzą one nawet z różnych zakątków Europy. Choć bardzo często można spotkać się ze stwierdzeniem że prawdziwa droga powinna zaczynać się zaraz od wyjścia z domu. No tak ale jak ktoś mieszka w tysiącach kilometrów od Santiago to co? Daleko, ale znajdują się tacy ludzie którzy właśnie w taką podróż się wybierają. Zdecydowanie najpopularniejszym szlakiem spośród szlaków jakubowych jest droga francuska. Akurat miałem okazje przejść ten odcinek. Swój start ma na południu Francji w małym miasteczku Saint Jean Pied de Port. Droga zajmuje mniej więcej miesiąc czasu a do przebycia jest około 800 kilometrów. Ze schroniskami na trasie nie ma żadnego problemu. A z niejednego źródła można wyczytać że jest to najbardziej logistycznie rozwinięty szlak. 

Swoją popularność droga św. Jakuba może w jakimś małym procencie zawdzięczać filmowi jaki powstał w 2010 roku opowiadający o prawdziwych wydarzeniach Daniel który ginie w czasie wędrówki a jego ojciec przybywa do Europy po szczątki syna, decyduje się przejść tę drogę za niego.
Oglądałem film i jest świetnie nakręcony trzymając balans między powagą a humorem. 

Swoje kolejne cegiełki dołożyły napisane książki od przewodników po opisanie wszystkich przeżyć ludzi którzy odbyli tą piękną drogę. I w tej chwili na każdym ze szlaków można spotkać dosłownie ludzi z całego świata a nawet ludzi którzy są ateistami lub wyznają zupełnie inną wiarę. 

Znak drogowy zmusza do refleksji

Jedna z wielu dróg prowadzących do Santiago de Compostela

Piękne widoki cieszą oczy każdego dnia. Jednak to co sprawia że droga staje się jedyna w swoim rodzaju jest za sprawą ludzi spotkanych po drodze. Najfajniejsze jest to że idąc dzień po dniu na przemian widuje się ciągle te same osoby. Po kilku dniach można powiedzieć że wszyscy znają się nawzajem. 

W odróżnieniu od znanych w Polsce masowych pielgrzymek pieszych np: do Częstochowy droga św. Jakuba przeznaczona jest dla indywidualnych lub małych grup, bez względu na wyznanie i narodowość, chcących doświadczyć w drodze ciszy i duchowej przemiany lub poszerzyć swoje horyzonty. Można powiedzieć że każdy idzie w innym celu. Piękne widoki cieszą oczy każdego dnia. Jednak to co sprawia że droga staje się jedyna w swoim rodzaju to ludzie spotkani po drodze. Najfajniejsze jest to że idąc dzień po dniu na przemian widuje się ciągle te same osoby. Po kilku dniach można powiedzieć że wszyscy znają się nawzajem i potrafią zawierać nowe znajomości i trzymać się przez kilka godzin, dni a nawet do końca pielgrzymki razem. 

Istniejąca od ponad tysiąca lat droga św.Jakuba jest jednym z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych, obok szlaków do Rzymu i Jerozolimy. Według legendy ciało św. Jakuba przewieziono łodzią do północnej Hiszpanii, a następnie pochowano w miejscu, w którym dziś znajduje się miasto Santiago de Compostela.

Dokładnie zmierza się do katedry w Santiago de Compostela w Galicji w północno-zachodniej Hiszpanii. Co istotne nie ma jednej drogi prowadzącej do Santiago. Dróg jest bardzo dużo i prowadzą one nawet z różnych zakątków Europy. Choć bardzo często można spotkać się ze stwierdzeniem że prawdziwa droga powinna zaczynać się zaraz od wyjścia z domu. No tak ale jak ktoś mieszka w tysiącach kilometrów od Santiago to co? Daleko, ale znajdują się tacy ludzie którzy właśnie w taką podróż się wybierają. Zdecydowanie najpopularniejszym szlakiem spośród szlaków jakubowych jest droga francuska. Akurat miałem okazje przejść ten odcinek. Swój start ma na południu Francji w małym miasteczku Saint Jean Pied de Port. Droga zajmuje mniej więcej miesiąc czasu a do przebycia jest około 800 kilometrów. Ze schroniskami na trasie nie ma żadnego problemu. A z niejednego źródła można wyczytać że jest to najbardziej logistycznie rozwinięty szlak. 

Swoją popularność droga św. Jakuba może w jakimś małym procencie zawdzięczać filmowi jaki powstał w 2010 roku opowiadający o prawdziwych wydarzeniach Daniel który ginie w czasie wędrówki a jego ojciec przybywa do Europy po szczątki syna, decyduje się przejść tę drogę za niego.
Oglądałem film i jest świetnie nakręcony trzymając balans między powagą a humorem. 

Swoje kolejne cegiełki dołożyły napisane książki od przewodników po opisanie wszystkich przeżyć ludzi którzy odbyli tą piękną drogę. I w tej chwili na każdym ze szlaków można spotkać dosłownie ludzi z całego świata a nawet ludzi którzy są ateistami lub wyznają zupełnie inną wiarę. 

Znak drogowy zmusza do refleksji

Jedna z wielu dróg prowadzących do Santiago de Compostela

Piękne widoki cieszą oczy każdego dnia. Jednak to co sprawia że droga staje się jedyna w swoim rodzaju jest za sprawą ludzi spotkanych po drodze. Najfajniejsze jest to że idąc dzień po dniu na przemian widuje się ciągle te same osoby. Po kilku dniach można powiedzieć że wszyscy znają się nawzajem. 

W odróżnieniu od znanych w Polsce masowych pielgrzymek pieszych np: do Częstochowy droga św. Jakuba przeznaczona jest dla indywidualnych lub małych grup, bez względu na wyznanie i narodowość, chcących doświadczyć w drodze ciszy i duchowej przemiany lub poszerzyć swoje horyzonty. Można powiedzieć że każdy idzie w innym celu. Piękne widoki cieszą oczy każdego dnia. Jednak to co sprawia że droga staje się jedyna w swoim rodzaju to ludzie spotkani po drodze. Najfajniejsze jest to że idąc dzień po dniu na przemian widuje się ciągle te same osoby. Po kilku dniach można powiedzieć że wszyscy znają się nawzajem i potrafią zawierać nowe znajomości i trzymać się przez kilka godzin, dni a nawet do końca pielgrzymki razem. 

Translate »