Czujesz że czegoś brakuje ci w życiu? Uważasz że otacza cię monotonia a każdy dzień jest tylko odhaczonym dniem w kalendarzu? Usiądź i zastanów się gdzie tkwi problem bo może okazać się że wystarczy niewiele by twoje życie nabrało kolorów.
Niestety żyjemy w czasach gdzie niezwykle ciężko człowiekowi odkleić się od pędu codziennego życia. Co raz częściej marzenia przysłaniane są ograniczeniami jakimi bombardują nas ogólne standardy. Żyć i postępować wedle oklepanego schematu stało się czymś znormalizowanym a wszystko co wybiega po za ten wzorzec bardzo często jest postrzegane abstrakcyjnie. I tak to wszystko zapętla się ponieważ bezustannie trzeba gdzieś gonić a z roku na rok poprzeczka idzie co raz wyżej. Z każdej strony są zobowiązania, nakazy, obowiązki, presja otoczenia i wiele innych spraw które ciągną w dół.

Zrobiłbym to ale…, pojechałbym tam ale…  również chciałbym ale…, Wszędzie jest „ale” w momencie gdy bierzemy na szale marzenia i codzienność. Racjonalne myślenie podpowiada by stonować emocje i wrócić potulnie na bezpieczny grunt który z reguły nie oznacza do końca szczęśliwy.  
Możesz powiedzieć że rodzina, dom ,kredyt, praca, a co powiedzą inni?! Jednak to jest alibi które sprawia że łatwo machnąć ręką i przejść obok wszystkich celów obojętnie. Wcale nie musi być to wyrocznią. 
Zadaj sobie pytanie ,czy wszystko co robisz jest tym czego pragniesz? Może okazać się że wiele spraw jakie masz na głowie towarzyszą ci tylko dlatego że próbujesz zaimponować wszystkim dookoła kosztem własnego szczęścia. 

W moim przypadku najczęściej spotykam się z pytaniami i stwierdzeniami tylu „Ale masz super, możesz sobie tak zwiedzać świat”, „Jak ci zazdroszczę!”, „Skąd masz na to pieniądze?”, „Niestety Ja tak nie mogę”. Moja opowiedz jest zawsze taka sama „Oczywiście że również możesz!”.

Nic nie przychodzi łatwo i natychmiastowo jednak małymi kroczkami można zrealizować nawet najbardziej zwariowany pomysł. Bez znaczenia czy chcesz pojechać autostopem do Indii ,schudnąć kilkanaście kilogramów czy kupić najnowsze auto. Wystarczy upór i zdrowe dążenie do celu.

 

 

 

 

 

Mount Everest! Góra spektakularnych zwycięstw i ogromnych tragedii. Ten najwyższy szczyt naszego globu przyciąga nie tylko himalaistów chcących stanąć na jego wierzchołku ale i miłośników górskich wędrówek. Jednak sama góra to nie wszystko co oferuje nam ten region, każdy dzień będzie obfity w piękne widoki, i kulturowe ciekawostki.

Jak dotrzeć na szlak trekingowy?

Khumbu to region w północno-wschodnim Nepalu to własnie tam trzeba się udać by zacząć przygodę z trekingiem pod Base Camp Everest. Jeśli chodzi o mnie to pierwsze co pomyślałem by dostać się tam drogą lądową ale niestety bardzo mało jest informacji o tym że można dostać się lądem do Lukli skąd pełnoprawnie można zacząć treking. Wręcz niektóre blogi nawet przedstawiają to w taki sposób że lot z Katmandu do Lukli jest jedyną alternatywa. Jednak nie jest to prawda nawet gdy jest pora monsunowa w której mi było dane iść. Po prostu lot jest jedynie najprostszą i najszybszą formą by tam się znaleźć co za tym idzie najbardziej popularną. 

„Lądem? Masz lot z Katmandu, 40 minut i jesteś na miejscu a w dodatku jest pora monsunowa”– takie słowa nie raz słyszałem od ludzi gdy pytałem o treking. Szczerze to im więcej spotykałem się z takimi opiniami tym bardziej byłem przekonany że właśnie chcę to zrobić. Akurat jestem z osób które lubią i wiedzą jak utrudnić sobie życie. Dlatego zabukowałem terenówkę która jechała do ostatnich miejscowości gdzie dało się dojechać drogą. W tym wypadku było to małe miasteczko o nazwie Salleri. Od tego momentu musiałem podążać do Lukli na piechotę a zajmuje to od 2 do 4 dni, wszystko zależy od pogody i tempa.

Swoją drogą już sama podróż jeepem z Katmandu do Salleri jest niesamowitą przygodą. Niejednokrotnie byłem pod wrażeniem jak trudno dostępny jest to region. Strome podjazdy po kamieniach, błocie, przejazdy przez głębokie rzeczki, tumany pyłu oraz nieustanne rzucanie jeepem na prawo i lewo to tylko cząstka tego z czym przychodzi tam się zetknąć. Pewne jest jedno że zwyczajny samochód nawet nie ma co próbować dostać się do Salleri bo najzwyczajniej nie wróci w jednym kawałku. 

 

Przygoda,przygoda przygoda… czyli droga z Salleri do Lukla.

Jak się później okazało decyzja by zacząć treking już w Salleri była trafiona idealnie w 10! Przez 3 dni drogi do Lukli spotkałem tylko jedną osobę z plecakiem i to jeszcze wracającą, reszta to napotkani po drodze tragarze i lokalni. I to jest największym złotem tej trasy bo faktycznie idą nią tylko nieliczni a trzeba pamiętać że w czasie sezonu od Lukli pod Everest idą dosłownie tłumy. Zatem skrupulatnie zyskiwałem kilometry ciesząc się spokojem i niesamowitymi widokami które z każdym dniem co raz bardziej mnie oczarowywały. 

Należy jednak pamiętać że ten odcinek może okazać się czasami o wiele bardziej wymagający niż to co zastaniemy dalej. Ja mogę być tego najlepszym przykładem bo w ciągu tych 3 dni niejednokrotnie przytrafiały się ciężkie momenty szczególnie gdy w późniejszych godzinach zaczynał padać deszcz. Dla mnie żadne warunki nie straszne więc akceptowałem wszelkie niewygody i „niespodzianki” jakie przytrafiały się po drodze.

Jedną z takich bez wątpienia były pijawki! Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile razy miałem okazje zdejmować je siebie. W czasie deszczu dosłownie pojawiały się jak za pomocą czarodziejskiej różdżki a przeważnie dopiero miałem okazje ich się pozbyć gdy doszedłem do miejsca noclegu. Najśmieszniejsze jest to że miałem płaszcz przeciw deszczowy to i tak jakimś cudem potrafiły wślizgnąć się pod niego i dobrać do mojego ciała.

Nie zabrakło również węży które potrafią wygrzewać się na skałach blisko ścieżki. I to faktycznie dawało do myślenia będąc z dala od jakichkolwiek osad aczkolwiek z czasem to ja byłem nimi bardziej zainteresowany niż one mną. Dlatego przy każdej nadarzającej się okazji chciałem przyjrzeć się im nieco bliżej. 

W górę marsz!

Praktycznie od Lukli droga wiedzie ciągle pod górę i czasami potrafi dać w kość szczególnie gdy ma się ciężki plecak. Jednak szybko okazuje się że to co nosimy na plecach jest niczym w stosunku co niosą wysokogórscy tragarze, a naprawdę jest to czymś niewiarygodnym (odsyłam do wpisu tutaj)

Lukla znajduje się na (2840 m.n.p.m) zaś Base Camp Everest to (5340 m n.p.m). Dlatego największym zagrożeniem jest tam właśnie wysokość to zagrożenie którego nie widać, a jedynie można go zdiagnozować za pomocą własnego organizmu. Stąd kluczowym elementem trekingu jest dbanie o odpowiednią aklimatyzacje ponieważ tylko dobrze przeprowadzona pozwoli by uniknąć problemów ze  złym samopoczuciem a nawet zdrowiem bo trzeba pamiętać że z tym nie ma żartów i w ekstremalnych warunkach choroba wysokościowa może wykluczyć z dalszej drogi a nawet doprowadzić do tragedii. Zasada jest prosta im wyżej tym mniej tlenu, a naszym zadaniem jest stopniowo przyzwyczaić organizm do takich warunków.

Ja jestem tego świetnym przykładem ponieważ całą drogę czułem się bardzo dobrze zatem zaryzykowałem i drałowałem do góry bez przerwy na aklimatyzację. Finał był tego taki że dopiero w ostatniej miejscowości przed Base Camp odczułem pierwsze objawy. Nie były one nie wiadomo jak uciążliwe aczkolwiek spało mi się ciężej niż zazwyczaj a za dnia podejścia sprawiały mi więcej trudności. 
Widoki niejednokrotnie zapierają dech w piersiach! Nie ma co się dziwić w końcu są to himalaje które dają możliwość zobaczenia najwyższych gór świata. Co prawda pora monsunowa nie jest odpowiednim momentem na treking ale to nie znaczy że nic się nie zobaczy. Po prostu idealna pogoda nie utrzymuje się cały dzień. Z reguły poranki są idealne lecz od popołudnia pogoda zaczyna się psuć, a wieczorem już zaczyna padać deszcz.

Base Camp

Krok po kroku, i po 5 dniach od wyruszenia z Lukli, a 8 z Salleri dotarłem do pod Base Camp Everest. Piękne uczucie stanąć i zobaczyć miejsce skąd wyruszały największe ekspedycje chcące zdobyć najwyższą górę świata. Cały trud włożony w treking w tym momencie staje się paliwem które napełnia podróżniczą duszę i pokazuje że warto marzyć i realizować takie podróże. 

Droga na 5,364 m.n.p.m

Spore streszczenie ostatnich dni.

Opublikowany przez Bez Granic Przez Świat Wtorek, 3 września 2019

Żeby najlepiej zobrazować czym jest Gruzja w tym momencie, pokusiłbym się o tezę że jest to Polska co najmniej z lat 90. Brzmi dość ekscentrycznie ale jest to fakt i warto przekonać się o tym teraz gdy wciąż Gruzja daje taką możliwość. Dobrym przykładem będzie chociażby Polska, kiedy zatraca się swój tradycjonalizm zastępując go oklepanym schematem życia narzuconym przez zachód. Oczywiście jak wszystko ma swoje plusy i minusy ale chcąc zaczerpnąć jeszcze oddech lat 90, przepis jest prosty. Plecak na barki i w drogę!

To była moja druga wizyta w tym kraju. Pierwszy raz byłem podczas półrocznej autostopowej podróży na kontynent azjatycki, a wizyta w Gruzji ograniczała się tylko do wspinaczki na jeden ze szczytów Kaukazu oraz paru dni drogi w kierunku Armenii. Tym razem wróciłem tam z Darią chcąc poczuć i poznać jak płynie życie w kraju pysznej kuchni, bogactwa winnego i spokojnego rytmu życia. 

Nasza podróż zaczęła się od miasta Kutaisi położonego w środkowej części kraju. Pierwsze co rzuciło się w oczy to stare budynki szczególnie blokowiska pokazują obraz tego kraju, mówiąc w skrócie skromnego życia. Nie da się ukryć że statystyczny Gruzin żyje o wiele skromniej niż statystyczny Polak i te różnice widać dobitnie właśnie w takich miejscach jak to.

Prawdziwą perełką są targowiska, wbrew pozorom nie tylko znajdujące się tam towary potrafią zatrzymać człowieka na dłużej, a sami sprzedawcy. Przekonaliśmy się o tym podczas naszego pierwszego spaceru przez targ kiedy zostaliśmy zaczepieni przez jednego ze sprzedawców. Przywitał nas tradycyjnym gruzińskim trunkiem czaczą. Po piętnastu minutach wyszliśmy stamtąd nie do końca trzeźwi, a jakby tego było mało to jeszcze najedzeni z zapasem na resztę dnia (już nigdy więcej nie wracaliśmy tamtą drogą).
Trzeba również pamiętać że w momencie kupna swojskiego wina gdzieś na stoisku przyjdzie nam jeszcze wypić na spróbowanie więc trzeba mieć zawsze jakąś rezerwę bo to jest Gruzja,nigdy nie wiadomo kiedy alkohol stanie na naszej drodze. A ceny same w sobie będą zachęcać by to kupić a wybór nie będzie łatwy bo jest tego sporo aż ciężko się połapać szczególnie że nazwy nie należą do najłatwiejszych już nie mówiąc o pisowni gruzińskiej. 

Sprzedawca był oczarowany Darią! ;D

Najpierw degustacja a później dobicie targu.

Hazard po Gruzińsku! Powiem szczerze gdy zobaczyłem ten automat do gry przypomniałem sobie że w ogolę coś takiego istniało. Widziałem to wielokrotnie jako dziecko gdzieś nad polskim wybrzeżem. Tak samo wciągające jak wiele innych gier hazardowych i co istotne nie stoi tam żeby tylko stać bo grają tam również miejscowi. Tak niespodziewane spotkanie w szczególności utrwaliło mnie w przekonaniu że jeszcze nie raz Gruzja nas zaskoczy.

Lotnisko zostało zbudowane w 1964 roku pod nadzorem samego Edmunda Hillary’ego który kilka lat wcześniej zdobył, jako pierwszy człowiek w historii, wraz z Szerpą Tenzingiem Norgayem, szczyt Mount Everest (8848 m). Po śmierci ostatniego z nich czyli w roku 2008 lotnisko zostało przemianowane na ich cześć i od tej pory zwane jest Lotniskiem Tenzing -Hillary Airport Lukla. 

Przez cały czas lotnisko przyczyniało się znacznie w rozwój trudno dostępnego regionu i praktycznie wszystko z czym przyjdzie nam się zetknąć w czasie trekingu znalazło się tam właśnie za sprawą tragarzy niosących to wszystko na własnych barkach właśnie z lotniska w Lukli. Do dnia dzisiejszego w zasadzie jest jedyna alternatywa jeśli chodzi o nieustanne dostarczanie towarów z Katmandu oraz najpopularniejszą, najszybszą i najprostszą formą dla turystów chcących odbyć treking i zobaczyć Mount Everest. 

Bez problemu można znaleźć informacje o lotnisku w Lulki z łatką najniebezpieczniejszego lotniska na świecie a wpływ na to ma niewątpliwie specyficznie krótki pas startowy. Dlatego lotnisko nie jest przeznaczone dla każdego samolotu. Znajduje się tam tylko jeden pas i to zaledwie o długości 460 metrów i szerokości 20 metrów. To sprawia że moją tam lądować tylko samoloty stacjonarne o krótkich startach i lądowaniach ale przy dobrej pogodzie samoloty w ciągu jednego dnia są w stanie przetransportować z Katmandu nawet do kilkuset ludzi. Sam pas startowy jest pochylony do góry żeby chociaż tak zniwelować krótki pas. Zaś start samolotu wygląda jak „bilet w jedną stronę” jak już zacznie startować to już nie ma możliwości rezygnacji z tego manewru i albo wzniesie się w powietrze albo runie w dół zbocza.

Kluczową sprawą jest pogoda. Jak to bywa w himalajach jest ona tam bardzo nieprzewidywalna i gwałtowna a do tego dochodzi fakt że lotnisko znajduje się na wysokości 2860 m.n.p.m. przez co niejednokrotnie bywały sytuacje kiedy samolot startował w Katmandu z potwierdzeniem że w Lukli pogoda jest sprzyjająca a po 40 minutowym locie okazywało się że warunki zmienił się na tyle że lądowanie jest niemożliwe i samolot musiał wrócić do Katmandu. 

Mimo wielu procedurom zapobiegających ewentualnym wypadkom wciąż one się zdarzają. Jeden z najbardziej dramatycznych miał miejsce w 2008 roku gdzie samolot uderzył w zbocze góry kilka metrów poniżej startu pasa startowego. Wszystkich 16 pasażerów i dwóch z trzech członków załogi zginęło a jedyną ocalałą osobą był Pilot. Niestety lista wypadków jakie wydarzyła się na Lukli jest dłuższa i niemal każda jest okupiona ofiarami. 

DEATH PLUNGE: CCTV footage shows how Goma Air’s plane misses the runway and crashes.

Opublikowany przez The Kathmandu Post Środa, 7 czerwca 2017

Materiał dobitnie pokazujący jak niewiele tam brakuje do tragedii. Źródło nagrania: The Kathmandu Post (Facebook)

 

Te efektowne pokazy na których zaklinacze węży potrafią zarobić naprawdę spore sumki od 1991 roku oficjalnie są zabronione. Jednak jak już zdążyłem się przyzwyczaić w czasie moich podróży to co jest zabronione czasami ma się bardzo dobrze i za bardzo nikt nie wyciąga szczególnych konsekwencji. Pomimo wieloletniego zakazu wciąż można spotkać zaklinaczy węży na Indyjskich ulicach i wciąż jest to bardzo popularne szczególnie w turystycznych miejscach.

 

Najpopularniejszym wężem biorącym udział w pokazach jest kobra Indyjska a wszystko przez swój unikatowy wygląd gry rozkłada szeroko charakterystyczny kaptur ponad to w hinduizmie kobra jest uważana za świętość ponieważ jedna z legend głosi, że kiedy Budda wybrał się na jedną ze swoich wędrówek, zasnął na pustyni. To właśnie kobra swym kapturem osłoniła go od słońca. Od tej pory w Indiach kobra czczona jest jako obiekt kultu. Zamieszkuje ona praktycznie wszystkie kraje ościenne Indii takie jak Pakistan, Nepal, Bhutan, Sir Lanka, Bangladesz a nawet można ją spotkać we wschodnim Afganistanie. Ten wąż dysponuje bardzo silnym jadem zawierającym neurotoksyny, porażające układ nerwowy i brak natychmiastowej pomocy zaraz po ukąszeniu może dojść do śmierci nawet zdrowego, dorosłego człowieka.

Dlaczego władze nie patrzą przychylnie na takie pokazy? Powód jest bardzo prosty. Kurcząca się populacja kobry indyjskiej poprzez masowe wyłapywanie. Ale to jeszcze nie wszystko gdyż zanim wąż trafi na ulice ze swoim zaklinaczem zazwyczaj przechodzi szereg różnych eksperymentów pozwalających by wąż był jak najbardziej potulny dla swojego właściciela. Od zaszywania pyska po otumanianie ich różnymi środkami. Istotną sprawą jest to że tak niebezpieczna kobra jest pozbawiona swojego śmiercionośnego oręża zazwyczaj przez tą samą osobę z którą będzie paradowała wśród ulicznego gwaru. Co prawda nie wyobrażam sobie żeby taki wąż nie miał usuniętych zębów jadowych choć szczerze mogę powiedzieć że w sytuacji gdy ma się kontakt z taką kobrą przez myśl przechodzi pytanie czy ów magiczny zaklinacz zna się w pełni na tej profesji i usunął prawidłowo zęby jadowe a trzeba pamiętać że nawet usunięte zęby z czasem odrastają a jad jest produkowany bez przerwy.

Taką ciekawostką może być fakt że węże są głuche więc to że tańczą przed siedzącym tuż obok zaklinaczem nie jest zasługą melodii jaka wydobywa się z fujarki lecz ruchu palców i wibracji jakie wytwarza instrument.  

Masala Chai
Jest to indyjska herbata z mlekiem i przyprawami która z pewnością jest kwintesencją tamtejszej kultury. W każdym miejscu pije się tą pyszną herbatę od domostw przez knajpki po uliczne stragany i otwarcie można przyznać że picie jej jest nieodłącznym elementem każdej pory dnia. Jej specyficznie dobrane składniki tworzą jedyną w swoim rodzaju herbatę. Może troszkę więcej czasu potrzeba na jej przygotowanie niż klasyczną herbatę jednak zapewniam, warto! 

Właściwości Masala Chai
Ale to jeszcze nie wszystko bo nie dość że dobrze smakuje to jeszcze wpływa pozytywnie na nasze ciało m.in wspiera układ krwionośny, rozszerza naczynia, przyśpiesza trawienie, poprawa pracę wątroby i żołądka oraz niweluje cholesterol ! Ale to jeszcze nie wszystko. Przyprawy dodawane do Masala Chai mają właściwości przeciwzapalne i przeciwgrzybicze.

Ciekawostka
Bardzo popularne jest picie herbaty ze specyficznego glinianego naczynka w zasadzie najczęściej można się z tym zetknąć na ulicy gdy ktoś prowadzi swój „herbaciany interes” Co ciekawe po wypiciu herbaty gliniane naczynie jest tłuczone o ziemię. Takim miejscem gdzie najbardziej rzuciło mi się to w oczy była Kalkuta. Powód takiego czegoś pewnie jest kilka jednym z pierwszych jest to aby przypadkiem osoby z różnych klas społecznych nie dotknęły ustami tego samego naczynia. A drugi bardziej prosty że zrobienie takiego naczynka jest kosmicznie tanie wręcz symboliczne nawet jak na Indie.

Co użyjemy do zrobienia Masala Chai?

  • 300 ml wody
  • 500 ml mleka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • ½ łyżeczki kardamonu
  • ½ łyżeczki imbiru
  • 2 łyżki czarnej herbaty (najlepiej Assam)
  • Cukier (jak kto woli może być brązowy, palmowy, kokosowy a nawet można zastąpić miodem jedynie co należy pamiętać że herbata ma być słodka także sypać nie żałować!) 

(W zależności od regiony proporcje i mieszanki przypraw mogą się od siebie różnić jednak ta przedstawiona przeze mnie wydaje mi się chyba najbardziej popularną.)

W pierwszej kolejności umieszczamy wodę z mlekiem w niewielkim garnku i gotujemy do momentu wrzenia. Następnie dodajemy wszystkie wymienione przyprawy i gotujemy tym razem na małym ogniu przez 2-3 minuty (trzeba pamiętać żeby nie wykipiało). 
Kolejnym krokiem jest dodanie do tego wszystkiego herbaty i gotujemy przez kolejne 5 minut. Ostatnim elementem jest dodanie cukru ale to dopiero po zakończeniu gotowania a najlepiej gdy to wszystko trochę przestygnie ( pamiętać że herbata ma być nieco słodsza)
Dobrze jest na koniec przecedzić przez sitko w momencie wlewania herbaty do szklanki. I to byłoby na tyle także życzę pomyślnego gotowania!!! ;)))

Wysokogórscy tragarze to niezmordowana i niesamowita grupa ludzi która zaopatruje trudno dostępne wioski położone bardzo wysoko nad poziomem morza. Transportują oni dosłownie wszystko od produktów spożywczych po ciężkie elementy budowlane. Jest to niewyobrażalnie czasem kiedy myśli się że wszystko to z czym się zetkniemy albo zobaczymy znalazło się tam za sprawą ludzkiej siły. Idą pochyleni stawiając malutkie kroczki robiąc od czasu do czasu przystanek żeby odetchnąć. Każdy kto był na wyższych wysokościach wie że czasami zwykła czynność potrafi być o krocie trudniejsza niż na nizinach a tutaj przychodzi im konfrontować się z olbrzymimi obciążeniami. Bez względu na warunki pogodowe zawsze można natknąć się na nich gdzieś na trasie która nie jest wyłożona chodnikiem a wręcz przeciwnie. 

Rozróżnić można dwa typy tragarzy, lokalni i komercyjni. W brew pozorom ci pierwsi to prawdziwi herosi. Ich ładunki czasami potrafią przekroczyć 100 kilogramów. Jest to niewyobrażalne obciążenie szczególnie gdy posturą nawet nie dorównują statystycznemu Europejczykowi. Są to drobnej budowy mężczyźni jak i również kobiety ale za to o ogromnej sile i wytrzymałości. Można ich spotkać niemal od początku gdzie nie ma możliwości transportu samochodem czyli od Jiri bądź Salleri i tak aż po najwyższe partie powyżej 5 tysięcy metrów włącznie z Base Camp Everestu . Z tymi którymi udało mi się dogadać nie ukrywali jakie zarobki są w tym biznesie. Ci który niosą 100 kilogramów za odcinek Lukla – Namche Bazar zarobią 5.000 Rupii Nepalskich (174 zł) (44$). Dokładnie 50 rupii za jeden kilogram ładunku.
Ci komercyjni zarabiają dużo więcej jednak oni nie mają takich ulg jak ci lokalni i muszą płacić tyle samo za jedzenie co chociażby turyści. Jedzenie jest kolosalnie drogie ze względu na to że musi być to wniesione. 30 dolarów za dzień usłyszałem od jednego tragarza niosącego o wiele mniejszy ładunek czasami nawet mniejszy niż ja noszę na własnych plecach i w tym przypadku opłacany przez Koreańska ekspedycję. Z początku wydało mi się to dobrym zarobkiem jednak po kalkulacji i po tym co mu przedstawił wyszło że wcale tak kolorowo nie jest. Jakby nie patrzeć oni również zasługują na nisko pochylone czoło bo to ciężki kawałek chleba za który chwyta się ogromna liczba ludzi.

 

 

Stupa Boudhanath choć jest również nazywana jako Jharung Khashor. Zbudowana w V wieku i jest jedną z najstarszych i największych stup na świecie. Gdy po raz pierwszy zawitałem w Katmandu w 2016 roku było mi dane zobaczyć tylko zaledwie mały skrawek tej wspaniałej budowli. Powód to zniszczenia po trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło Nepal w 2015 roku. Zniszczenia były na tyle poważne że trzeba było rozpocząć renowację w rezultacie cała konstrukcja nad kopułą i zawarte w niej relikwie religijne musiały zostać usunięte. I dopiero teraz mogłem ujrzeć ją w całej okazałości.
Gdy jej rówieśniczka Swayambhunath góruje nad miastem Boudhanath jest zatopiona w miejskim ścisku jednak jeszcze w 1979 roku jak pokazuje historyczne zdjęcie stupa była otoczona zaledwie przez budynki w swoim najbliższym sąsiedztwie a dalej rozciągały się pola co pokazuje jak szybko rozrosła się taka aglomeracja jak Katmandu. 
Istnieje wiele legend o Boudhanath i każda z nich jak przystało na legendę ma ciekawą historię, oto jedna z nich.

Legenda budowy stupy według mitologii buddyjskiej Newar.

Według historii Nepalu pałac króla Bikramadityi stał kiedyś w miejscu, gdzie obecnie stoi pałac Narayanhity. Król Vikramaditya pouczył, że Dhunge Dhara powinna zostać zbudowana w innym miejscu dokładnie w południowej części dziedzińca pałacowego lecz tam panował całkowity brak wody. W tej kwestii król skonsultował się z astrologami i oni zaś zasugerowali, że niezbędna jest ofiara ludzka płci męskiej posiadającym Battis-Lakshanas i wiele doskonałości. Takim kryteriom odpowiadał sam król i jego dwaj synowie. Król po namyśle postanowił poświęcić jednego z synów aby w Dhunge Dhara pojawiła się woda. Drugi syn z żalu po stracie brata wszedł z kurą na górę Bajrayogini i postanowił skonstruować stupę tam gdzie kura wyładuje. I tak jak postanowił tak zrobił. W tym samym czasie miejsce nawiedziła susza, a mieszkańcom udało się zmniejszyć niedobór wody poprzez zbieranie kropel rosy. Tak więc miejsce to nazwano Khāsti. „Khas” odnosi się do rosy a „ti” do kropli.

 

Co łączy wszystkie największe religie świata? To że każda posiada jedyne w swoim rodzaju miejsce które jest ważnym punktem dla wyznawców danej religii bywa nawet że podlega to pod obowiązek by chociaż raz w życiu odwiedzić je osobiście. Chrześcijanie mają Watykan, Muzułmanie Mekkę, Sikowie Amritsar a Hindusi? Hindusi mają Waranasi… Miasto położone w północnej części Indii nad rzeką Ganges.

Waranasi jest kulturalnym centrum północnych Indii od setek lat a brzeg Gangesu stał się tam najważniejszym punktem w Hinduizmie. Obecnie przybywają tam wierni z całych Indii i nie tylko bowiem wierzą że Ganges jest świętą rzeką a największy zaszczyt jaki mogą dostąpić w swoim istnieniu to po śmierci zostać skremowanym u brzegu „świętej rzeki” właśnie w Waranasi a następnie prochy do niej wrzucone. Taki akt pozwala im osiągnąć zbawienie. Na taki pochówek mogą liczyć osoby które mają rodzinę skłonną wydać pieniądze na stos drzewa niezbędnego do rytualnego pochówku oraz osobę przygotowującej ciało.

Gathy to po prostu schody prowadzące do wody i jest ich tam sporo jednak tymi gdzie dokonuje się kremacji są tylko dwie Manikarnika i Harischandra. Okolice Gath niczym nie różnią się od innych miejsc w Indiach więc trzeba być przygotowanym ja wszechobecny brud i niezliczone ilości bezdomnych i intryganckich sprzedawców ale z tym każdy musi się liczyć zanim postawi nogę na Indyjskiej ziemi. Zaś same Gathy są oblegane przez miejscowych modlą się tam, myją , odpoczywają.
Akurat gdy ja odwiedziłem Waranasi trwa jeszcze sezon monsunowy więc poziom rzeki jest dość wysoki z tego powodu nie było możliwości spaceru wzdłuż linii brzegowej bez możliwości omijaniu zalanych budynków lub innych miejskich zabudowań.
Miejsce kremacji znalazłem bardzo szybko i jest to niezwykle dziwne uczucie gdy widzi się palące ciało. Wbrew po za zapachem drewna nie czuć nic nieprzyjemnego choć przyznam że bardziej wrażliwe osoby miałby problem przybywania tam dla samego widoku. Ciało z początku jest owinięte w szaty oraz przystrojone kwiatami jednak szybko nic z tego nie zostaje. W czasie takich ceremonii rodzina wrzuca proch który jeszcze bardziej roznieca ognisko. Pierwszy raz zobaczyłem taką kremację w dzień jednak to co doświadczyłem w nocy naprawdę przyprawiło mnie o ciarki na plecach. Kiedy wszyscy turyści jak i miejscowi byli zajęci ceremonią na gatach ja udałem się z powrotem w okolice kremacji i to było coś nie do podrobienia. Stało kilka palących się stosów a w tle słychać było aż ogłuszające dzwonki i bębny. Obrzęd który odbywa się na oczach rodziny i również przypadkowych osób jest czymś nie do podrobienia i nie do pomyślenia z punktu europejskiej mentalności że w 21 wieku można doświadczyć czegoś takiego. Ale to są Indie! Szokują na każdym kroku.

 

 

Rohtang Pass to przełęcz na wysokości 3978 m.n.p.m. i jest starożytną drogą handlową między mieszkającymi ludźmi po obu stronach przełęczy. Jest to cel wielu motocyklistów, i rowerzystów a osoby udające się w odleglejsze zakątki Kaszmiru również nie przejadą tamtędy obojętnie. Można powiedzieć że wszystko zaczyna się od Manali, stolicy haszyszu i marihuany według miejscowych jednak właśnie od tego miejsca konsekwentnie nabiera się wysokości przez ponad 50 kilometrów a przez ostatnie 20 kilometrów to już nie lada sprawdzian dla silników ciężarówek no i umiejętności kierowców. To pierwsze zweryfikują podjazdy a drugie odcinki gdzie nie ma możliwości przejazdu dwóch pojazdów z naprzeciwka a barierek lub kamiennych bloków chroniących przed runięciem w przepaść brak! Szczególnie w czasie monsunu zdarzają się niespodzianki w postaci osuniętej ziemi, spadających z góry głazów czy wypłukanej do samych kamieni jezdni. Droga przejezdna jest zaledwie od Maja do Listopada co świadczy jak mocno jest niedostępna w mniej sprzyjających warunkach. Generalnie Rohtang Pass nie jest aż tak wybitnie wysoki ani trudny do przejścia pieszo według himalajskich standardów, ale ma zasłużoną reputację jako niebezpieczny z powodu nieprzewidywalnych śnieżyc i zamieci nawet latem.
Najczęściej można spotkać tam ciężarówki jadące z towarami w stronę Kaszmiru.
Na samej przełęczy mieszkańcy okolicznych wiosek prowadzą swoje biznesy od handlu po przejażdżki konne mając nad głowami szczyty nawet 6 tysiączników.

Na tą chwilę rząd stanu Himachal Pradesh zaczął wydawać zezwolenia by ograniczyć przejazd pojazdów w celu zapobiegania zanieczyszczeniom na tym obszarze co ciekawe zezwolenia wydawane co 6 dni i tylko na pierwszych 800 pojazdów benzynowych i 400 pojazdów z silnikiem Diesla.

 

Istniejąca od ponad tysiąca lat droga św.Jakuba jest jednym z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych, obok szlaków do Rzymu i Jerozolimy. Według legendy ciało św. Jakuba przewieziono łodzią do północnej Hiszpanii, a następnie pochowano w miejscu, w którym dziś znajduje się miasto Santiago de Compostela.

Dokładnie zmierza się do katedry w Santiago de Compostela w Galicji w północno-zachodniej Hiszpanii. Co istotne nie ma jednej drogi prowadzącej do Santiago. Dróg jest bardzo dużo i prowadzą one nawet z różnych zakątków Europy. Choć bardzo często można spotkać się ze stwierdzeniem że prawdziwa droga powinna zaczynać się zaraz od wyjścia z domu. No tak ale jak ktoś mieszka w tysiącach kilometrów od Santiago to co? Daleko, ale znajdują się tacy ludzie którzy właśnie w taką podróż się wybierają. Zdecydowanie najpopularniejszym szlakiem spośród szlaków jakubowych jest droga francuska. Akurat miałem okazje przejść ten odcinek. Swój start ma na południu Francji w małym miasteczku Saint Jean Pied de Port. Droga zajmuje mniej więcej miesiąc czasu a do przebycia jest około 800 kilometrów. Ze schroniskami na trasie nie ma żadnego problemu. A z niejednego źródła można wyczytać że jest to najbardziej logistycznie rozwinięty szlak. 

Swoją popularność droga św. Jakuba może w jakimś małym procencie zawdzięczać filmowi jaki powstał w 2010 roku opowiadający o prawdziwych wydarzeniach Daniel który ginie w czasie wędrówki a jego ojciec przybywa do Europy po szczątki syna, decyduje się przejść tę drogę za niego.
Oglądałem film i jest świetnie nakręcony trzymając balans między powagą a humorem. 

Swoje kolejne cegiełki dołożyły napisane książki od przewodników po opisanie wszystkich przeżyć ludzi którzy odbyli tą piękną drogę. I w tej chwili na każdym ze szlaków można spotkać dosłownie ludzi z całego świata a nawet ludzi którzy są ateistami lub wyznają zupełnie inną wiarę. 

Znak drogowy zmusza do refleksji

Jedna z wielu dróg prowadzących do Santiago de Compostela

Piękne widoki cieszą oczy każdego dnia. Jednak to co sprawia że droga staje się jedyna w swoim rodzaju jest za sprawą ludzi spotkanych po drodze. Najfajniejsze jest to że idąc dzień po dniu na przemian widuje się ciągle te same osoby. Po kilku dniach można powiedzieć że wszyscy znają się nawzajem. 

W odróżnieniu od znanych w Polsce masowych pielgrzymek pieszych np: do Częstochowy droga św. Jakuba przeznaczona jest dla indywidualnych lub małych grup, bez względu na wyznanie i narodowość, chcących doświadczyć w drodze ciszy i duchowej przemiany lub poszerzyć swoje horyzonty. Można powiedzieć że każdy idzie w innym celu. Piękne widoki cieszą oczy każdego dnia. Jednak to co sprawia że droga staje się jedyna w swoim rodzaju to ludzie spotkani po drodze. Najfajniejsze jest to że idąc dzień po dniu na przemian widuje się ciągle te same osoby. Po kilku dniach można powiedzieć że wszyscy znają się nawzajem i potrafią zawierać nowe znajomości i trzymać się przez kilka godzin, dni a nawet do końca pielgrzymki razem. 

Ostatnimi czasy Iran stał się popularnym kierunkiem wśród turystów. Słynie z niesamowitej gościnności, dobrej kuchni, słodziutkich jak nutella daktyli, najwyższej jakości wyrobów tkackich, i oczywiście z wydobywania ropy czy gazu ziemnego. Przez otwartość ludzi jest to świetny kraj by poznać ich bogatą kulturę. Tak też ja poznałem ten kraj, i stał się dla mnie po Pakistanie numerem dwa jeśli chodzi o podróżowanie. Każda osoba odwiedzająca to państwo będzie miała pozytywne wspomnienia mimo że tak bardzo różnimy się kulturowo. Jednak jest to jedna strona medalu, druga nieco ciemniejsza aczkolwiek co istotne niewidoczna tak po prostu. Mowa tu o problemie narkotyków w społeczeństwie, i napływie opium z Afganistanu. I niezależnie od stosunku religii który jest ekstremalnie radykalny pod tym względem to w społeczeństwie, i największych w państwie istnieje świadomość o tym że problem jest ogromny, i ciągle nasila się.

Żeby zobaczyć coś więcej trzeba wejść między ludzi, pobyć z nimi, przekroczyć ten margines. A to mogłem doświadczyć w momencie kiedy odwiedziłem Sistan i Beludżystan najbardziej wysunięty na wschód ostan Iranu. Zarazem najbiedniejszy, niestabilny, najbardziej odseparowany region od reszty kraju, otoczony pustyniami, sąsiadujący z Afganistanem i Pakistanem. W Sistanie ludziom jest bliżej do Pasztunów (główna grupa etniczna Afganistanu uważająca się za jedyną ludność rdzennie afgańską) zaś w Beludżystanie jest po prostu jak w Pakistańskim Beludżystanie. W każdym z tych regionów obowiązuje już inny język, i ogólnie widać to że jest tam inaczej jak w pozostałych częściach kraju.

Strój Balochi

Ruch turystyczny tam nie istnieje, dla przykładu w innych częściach kraju widok turystów zza granicy jest normalny, i częsty szczególnie we większych miastach. Będąc w Sistanie i Beludżystanie nie spotkałem ani jednego klasycznego turysty. Samo poruszanie się po tym ostanie jest już mocno utrudnione przez tzw. punkty kontrolne postawione na drodze. Zatrzymuje się tam wszystko co przejeżdża i przeszukuje jakby to była granica państwa. W ten sposób próbuje się wyłapać przemycane narkotyki by zapobiec w rozsianiu ich dalej na kraj.Jeśli chodzi o mnie to sprawdzana jest wiza, a czasami przeszukiwany plecak (normalna procedura).

Istotna sprawa jest z Afganistanem który jest niekwestionowanym liderem w produkcji opium. U zyskuje się je z wysuszonego soku pozyskanego niedojrzałych makówek maku,  Akurat na terenach nieurodzajnej ziemi Afganistanu znajdują się pola uprawne maku lekarskiego. Bieda oraz plemienne struktury państwowe sprawiają, że uprawa mało wymagającej rośliny, jaką jest mak jest dla Afgańczyków jak żyła złota. Pewnie we większości takie uprawy to są pod kontrolą grup zajmujących się przemycaniem w tym talibów lub grup poważnie z nimi powiązanymi. Przez co jest to w pewnym sensie biznes, i to nie mały. A co za tym idzie pozyskiwanie pieniędzy przez takowe ugrupowania niezbędne do funkcjonowania, poszerzania swoich horyzontów na różnych płaszczyznach.

Iran to 50% światowej konsumpcji tego narkotyku.Jak dowiedziałem się od poznanych osób gram opium to koszt zaledwie 3 złotych w przeliczeniu na naszą walutę. W innych regionach kraju cena może być nieco wyższa, ale nieznacznie. Nie jest tak ciężko go dostać, a też zdarzało się że proponowano mi gdy byłem zaproszony w gościnę. Kluczowe elementy, niska cena, łatwy dostęp, i silnie uzależniająca substancja są powodem wszechobecności. To jednak nie wszystko. Równie popularne co opium jest haszysz. (Jak później się przekonałem w Pakistanie jest on wszechobecny nawet w szeregach stróżów prawa). Ale wracając do Iranu. Był jeszcze jeden narkotyk którego nazwę znam tylko w języku Arabskim „Koh”. Zawijało się to w chusteczkę i wsadzało pod język, i to równie popularne. Metaamfetamina już mniej dotyczy biedniejsze regiony. Głównie obecna w zamożniejszych miastach.

Koh

Kilka razy zapytałem poznanych osób jak statystycznie szacują na 10 osób ile zażywa któryś ze wspominanych używek. I tu rozrzut był jak wystrzelona kula z armaty. Od 3/10 czasami 5/10.,a bywało 7/10. Trzymając się nawet tego najmniejszego to jest to 30 % uzależnionych to jest makabra. Muszę też zaznaczyć że głównie pytałem na prowincjach w dodatku w Sistanie i Beludżystanie. Dlatego ten odsetek może być zawyżony niż w bardziej zamożniejszych częściach kraju ale i tak wiadomo że jest to tam w obiegu. Statystyki to jedno, i nie zawsze można im wierzyć. Jednak w czasie całego pobytu w Iranie widziałem jak narkotyki przenikają społeczeństwo stąd zacząłem co raz bardziej interesować się tym faktem.

Oficjalne stanowisko Irańskiego rządu brzmi ” będziemy walczyć z przemytnikami”. Pojęcie jest tutaj ogólne mające na myśli wszystkich przemytników od narkotyków po sprzęt różnego rodzaju ( szczególnie z Pakistanu) Irańczycy zaś przemycają ropę do Pakistanu, i Afganistanu. Przemyt jest na porządku dziennym bo to także przeplatało mi się w rozmowach z ludźmi, i bez oporu o tym mówili. 

 Od miejscowości Konarak już w ostanie Sistan i Beludżystan lokalni powtarzali w kółko że jest niebezpiecznie, żebym uważał szczególnie nocami. Ale dodawali ” ok w Konarak jest niebezpiecznie, ale w Nikshahr to dopiero masakra” w Nikshahr zaś ” ok tu jest niebezpiecznie, ale w Iranshahr to dopiero niebezpieczeństwo” Zawsze znalazła się osoba która mówiła chociaż szarpanym Angielskim, i zawsze słyszałem to samo. Niebezpiecznie, uważaj w nocy, przemytnicy, lokalni przestępcy. Nie powiem bo wchodzi to w głowę szczególnie że widać to jak te miasta wioski są biedne. Wchodziłem w ten świat co raz głębiej, konsekwentnie jadąc dalej w kierunku Zahedan. Ostrzeżenia się nasilały, a tubylcy nagminnie mi o tym przypominali w końcu zapala się żarówka że coś jest w tym temacie. Najmniej komfortowo czułem się w miejscowości Khask dokładnie na obrzeżach miasta. To jest miasto już typowo na przemytniczym szlaku, a obrzeża na których się znalazłem zamieszkiwali sami Afgańczycy. Co prawda nie było zbyt mądre łapanie stopa o zmierzchu ale wtedy miałem nieodparte wrażenie że muszę się stamtąd wydostać. Może, i zaczęła świrować fantazja, ale naprawdę czasami wszystko dookoła nie pozwala czuć się pewnie tak właśnie było w Khask.

Stopa złapałem szczęśliwie bo zabrał mnie kierowca ciężarówki,. Zapadła noc, i co ciekawe punkty kontrolne które mijaliśmy były opustoszałe! To mi się wydało bardzo dziwne bo to nie ma sensu. Pytając o to kierowcę odpowiadał  „danger, danger”.  Wychodziło na to że takie kontrole nocą są zbyt niebezpieczne z bardziej lub mniej oczywistych względów. A historia jakieś 60 kilometrów przed granicą z Pakistanem tylko utrwaliła mnie w przekonaniu że Sistan i Beludżystan to zupełnie inny obraz Iranu jaki wyrysował mi się w innych zakątkach kraju. Będąc na kompletnym zadupiu drogę zajechała mi zdezelowana terenówka,  a zamaskowany chustą mężczyzna trzymający karabin zeskakuje z paki wprost przede mnie . Wszystkie słowa ostrzegających mnie ludzi spadły na głowę jak uderzenie 5 kilogramowego młota. Na moje szczęście była to zamaskowana policja kontrolująca wzgórza wypatrując przemytników, i uchodźców. Jak to wygląda w praktyce? 936 kilometrów granicy z Afganistanem, 909 kilometrów granicy z Pakistanem biegnącej przez pustynie oraz trudno dostępne wzgórza sprawia że granica jest niczym durszlak, a przemytnicy przemycają co chcą, i ile chcą. 

Jak udało mi się ustalić ta trasa jest pierwszym etapem przemytu.

Jak udało mi się ustalić te drogi są pierwszym etapem przemytu (zdjęcie wyżej). Zaciągnąłem trochę informacji z internetu, i natrafiłem na wzmiankę że narkotyki są przewożone przeważnie w autobusach kursujących między miastami. Ale istnieje coś takiego jak zorganizowane grupy przewożące samochodami. Samochody nie posiadają tablic rejestracyjnych, i przeważnie są zapakowane na fulla różnymi pierdołami wśród tego pochowane paczki z narkotykami. Są przemycane do takich miast jak Kerman czy Zahedan i dalej rozprowadzane w mniejszych paczkach na cały kraj, a później do europy.

Muszę zaznaczyć na koniec że cały pobyt w Iranie wspominam bardzo dobrze, i mimo ostrzeżeń lokalnych w Sistan i Beludżystan nie doświadczyłem na własnej skórze nieprzyjemności o których nie dawali mi zapomnieć lokalni. Więcej ostrzeżeń miałem tylko w Pakistańskim Beludżystanie ( na każdym kroku), ale tam od samego początku zdawałem sobie z tego sprawę. Iran polecam zdecydowanie każdemu, jednak odwiedziny w Sistan i Beludżystan należy przemyśleć od a do z, i mieć tam oczy dookoła głowy szczególnie jadąc stopem. Ale znając życie miejscowi już zadbają o to żebyście wiedzieli jaka jest sytuacja.

Kalkuta (Kolkata, Calcutta) , czwarte co do wielkości miasto w Indiach.Położone w północno-wschodnim regionie kraju, w delcie Gangesu.Jest stosunkowo młodym miastem, została założona przez Brytyjczyków w czasie ich kolonialnych wojaży 24 sierpnia 1690. Obecnie jest ważnym ośrodkiem biznesowym, przemysłowym, kulturowym oraz naukowym.Ponad to miasto posiada jedną z najlepszych komunikacji świata.Działa tutaj metro,tramwaje,autobusy,pociągi,taksówki,riksze oraz już bardzo rzadki w świecie widok pieszych riksz. Kolejne miasto gdzie można zaobserwować kontrasty społeczne, bogactwo i skrajną biedę.Tak wygląda Kalkuta,szokująca oraz ciekawa w każdym zakamarku.

W tym wpisie chciałbym całkowicie skupić się na tym jak bieda jest wszechobecna w Kalkucie.Możliwe,że problem Kalkuty polega na tym,że przez lata z Bangladeszu napływali imigranci,populacja rozrosła się do takiego stopnia że nie było schronienia dla wszystkich, ilość mieszkań nie jest adekwatna do liczby potrzebujących, a także nie każdy może sobie na nie pozwolić. Skutkiem tego jest to co widać jawnie na ulicach miasta.Chodniki,mosty,wiadukty są domem dla ogromnej liczby ludzi,tam się rodzą,żyją i umierają.Tak naprawdę nie wiadomo ile ich jest, jedno jest pewne że nawet jeśli jakimś cudem udałoby się zrobić spis wszystkich osób bezdomnych i mieszkających w slumsach,liczba byłaby przerażająca!.

Moje pierwsze wrażenie po dotarciu do Kalkuty? Niby wszystko to samo co w większych miastach Indii,a jednak odczucia miałem zupełnie inne.Bardziej wrażliwe osoby które przylecą z marszu do Indii mogą przeżyć prawdziwy szok kulturowy.Ja im bardziej zgłębiałem się w miasto,chciałem zobaczyć co raz więcej i więcej.O słynnych slumsach wspomnę niżej ,a teraz rzucę trochę światła to co dzieje się na ulicach nawet w centrum miasta.Chodząc po niektórych zakątkach miasta mija się rodziny mieszkające dosłownie na ulicy obok przechodzących ludzi całkowicie obojętnych na tą skrajną biedę,bo jak mają nie być obojętni jak bieda jest wszechobecna.Na dobrą sprawę nie ma kawałka wolnej przestrzeni,bo jak nie uliczne jedzenie to miejsce jest zajęte przez żyjącą na ulicy rodzinę.Jedyną izolacją od gwaru ulicy dzieli ich zarzucona plandeka na płot lub wykorzystany inny element miejskiej zabudowy.W takich warunkach żyją wielodzietne rodziny w towarzystwie zalegających obok śmieci,nieustających klaksonów,spalin i ulicznego jedzenia .Tak naprawdę cały ich świat kończy się tutaj, wszystko co jest pod plandeką i obręb kilkunastu metrów od miejsca „zamieszkania”.

Dla naszej zachodniej mentalności taki widok jest niewyobrażalny ,w Indiach,a tym bardziej w Kalkucie jest to nic nadzwyczajnego.Jednego dnia szedłem główną ulicą przez dobre 5 kilometrów i praktycznie przez cały czas widziałem widok właśnie tak żyjących ludzi.Do zrobienia swojego miejsca wykorzystują wszystko co znajdą.Przechodząc obok widok jest naprawdę straszny.Po kilku dniach w stolicy Bengalu Zachodniego zobaczyłem różne niewyobrażalne rzeczy którym nie robiłem zdjęć z najzwyczajniej moralnych przyczyn.

Każdego poranka na ulice wychodzą ludzie,by wykąpać się przy ulicznym hydrancie ,co najlepsze nie tylko są to osoby mieszkające na ulicy,a także mieszkający w normalnych domach średniej klasy ludzie. Wychodzą w ręczniku,robią pranie ,myją zęby,a za ich plecami odbywa się ruch uliczny.

Jeśli chodzi o slumsy w Kalkucie to takie spotkałem przy jednej z rzek przepływających przez miasto.Slamsy ciągnęły się wzdłuż rzeki i spędziłem tam dość dłuższy czas.Początkowo przeszedłem obok,chciałem po prostu zobaczyć jak to faktycznie wygląda.Było bardzo wcześnie rano.Następnie usiadłem na moście i po prostu sobie siedziałem,obserwując co tam się dzieje.Generalnie domki są konstruowane z bambusa i do tego obudowane wszystkim co tylko było możliwe.Od folii po kartony,szmaty i kawałki płyt.Do każdego domku prowadziła toaleta umieszczona na rzece,także zrobiona z bambusowych łodyg do tego owinięta szpatami lub ciuchami.Ogromna ilość śmieci zalegająca w każdym zakątku.Można sobie tylko wyobrazić zapach unoszący się w okolicy,ale to było jeszcze nic.Jak tak siedziałem zobaczyłem że niektórzy mieszkańcy wchodzą do rzeki,kąpią się,myją zęby (płuczą usta wodą z rzeki).Pranie kilka metrów od znajdującej się na wodzie toalecie.Nie da się ukryć woda jest zanieczyszczona,po prostu trzeba ją nazwać zalegającym ściekiem gdzie normy znane z Europy pewnie są przekroczone kilkadziesiąt razy.

Na moście na którym siedziałem spotykają się najmłodsi mieszkańcy slamsów.Dzieci puszczają zrobione własnoręcznie latawce trzymając na wielkim drewnianym wałku.Puszczanie latawców jest typowym obrazkiem w biedniejszych dzielnicach Indii,i nie tylko,będąc w Pakistanie podobny widok przykuł moją uwagę w Lahore z tym że nad tam była ich cała masa (szczególnie wieczorami) .Tutaj w Kalkucie dzieci stały w grupkach,jeden puszcza,a czterech patrzy,i zmiana.Większość z tych dzieci nie ma butów,są tacy co nie mają nawet ubrania.Jedyną szansą dzieci na wyrwanie się ze slumsów jest nauka pisania i czytania jednak nie wszyscy maja takie przywileje.Spora ilość pracuje już od młodych lat lub po prostu żebrzą na ulicy.

I to już koniec podróżowania po Indiach, miałem cichą nadzieję że uda się zdobyć pozwolenie na przekroczenie granicy Indie-Birma. Dlatego specjalnie przyjechałem do Kalkuty żeby wyrobić tutaj wizę jednak najpierw potrzebny był dokument którego nie udało się otrzymać, dwoiłem się i troiłem wysyłając maile od jednej agencji do drugiej i tak w nieskończoność.Odpowiedzi nie otrzymałem i stwierdziłem że nie ma co się szarpać z biurokracją.Jeszcze jakieś 2 miesiące temu nie brałem tego pod uwagę że jest możliwe przekroczenie granicy lądem, oficjalnie jest ona zamknięta dla turystów. Wyczytałem na kilku blogach że jest to możliwe i narobiłem sobie trochę apetytu. No trudno, kiedy już wiedziałem że nici z tego zabukowałem lot z Kalkuty do Bangkoku.Miałem sporo czasu czekając na lot,kręciłem się po całej Kalkucie, zwiedziłem te miasto od jednej strony po drugą. No i tak jak wcześniej wspominałem jest to całkiem inne miasto jak te które wcześniej odwiedziłem w Indiach. O tym jak wygląda Kalkuta przeczytacie w innych wpisach i warto je przeczytać bo Kalkuta to naprawdę ewenement w skali podróżniczej i jest kopalnią doświadczeń i . No i na zakończenie miałem małą niespodziankę która wyszła dość przypadkowo.

W mieście miałem kilka miejsc gdzie codziennie zachodziłem, jednym z nich była ulica z jedzeniem wszyscy mnie tam znali jak tylko się pojawiałem poznani wcześniej sklepikarze z okolicznych budek przychodzili pogadać i wypić herbatę, co najlepsze zostawiali swoje interesy nie pilnując nawet tego mimo że dookoła mnóstwo bezdomnych oraz żebrzących jakoś nic im nie ginęło. Drugim miejscem które odwiedzałem była stacja kolejowa, miałem niedaleko z tej uliczki z jedzeniem więc i także tam zachodziłem. Tam miałem możliwość wyprania sobie rzeczy i kąpieli.
No i jak codziennie z bananem na twarzy poszedłem do mojej ulubionej budki tego dnia wyjątkowo wziąłem sobie jedzenie również na wynos, pięknie zapakowane gazetami i folią. I ruszyłem na dworzec, chwilę wcześniej rozpruł mi się mniejszy plecak w którym trzymam aparat, usiadłem na peronie i zacząłem szyć ten szwajcarski ser.

Po mojej prawej stronie siedział bezdomny, na początku nie zwróciłem na niego większej uwagi, ale z czasem widziałem że zerka co ja tam rzeźbie z tym plecakiem i był naprawdę spoko. Niektórzy to jakby mogli to wsadziliby ręce na siłę do kieszeni i sprawdzili czy ma się pieniądze i przede wszystkich są nachalni do bólu. A ten po prostu sobie siedział nie prosił nawet o pieniądze. Nie miał butów, a jego koszulka była rozerwana w pół. Pomyślałem że dam mu moje sandały zaniosłem mu i był przeszczęśliwy. Pokazuje mu żeby dał mi swoją koszulę to zszyje mu, jednak stwierdziłem że nic z tego nie będzie. Dałem mu swoją koszulkę którą kupiłem w Pakistanie troszkę rozciągnięta i musiałem ją wyprać na szybko pod kranem ale i nie marudził że mokra, no i ogólnie usłyszeć od bezdomnego w Indiach „dziękuję” niemożliwe, a ten podziękował ! Także jeszcze dostał jedzenie które miałem na później 😉 A że ryż je się tutaj rękoma to tu pojawił się problem bo jego dłonie były zdeformowane i było mu ciężko to jeszcze przeorałem pół stacji w poszukiwaniu plastikowej łyżki. No cóż pożegnałem się wziąłem prysznic i poszedłem w stronę miasta.


Już byłem zdrowo po za stacją i nadjechał radiowóz podobny jak taksówki tylko że biały . Tylko jechał za mną i słyszałem jak rozmawiają przez krótkofalówkę . Przyspieszyli i zajechali mi drogę .Wyszli z auta i idą do mnie ! Po ostatnich przejściach w Pakistanie z policją pomyślałem sobie „ja pierdziele co znowu” i usłyszałem „mister ,proszę wsiąść do auta” Taki wał powiedziałem że nigdzie nie wchodzę jak mi nie powiecie po co!!! W sumie to chyba nawet krzyknąłem. Jeden z nich wziął krótkofalówkę do ręki i zaczął z kimś rozmawiać. Moja kolejna myśl to „okej wezwij jeszcze 3134234 garbusów po mnie a najlepiej czołg” Gdyby nie plecaki to już bym dał nogę. No ale czekam…Dał mi te radio i odezwał się tam jakiś gość, przedstawił się i zapewnił mnie żebym się nic nie obawiał, zawiozą mnie na stację tylko na krótką rozmowę.Dojechaliśmy i przy dworcu czekał już pan z którym rozmawiałem przez krótkofalówkę. Szliśmy spacerkiem w stronę peronu, a miedzy czasie zapytał się skąd jestem i co tutaj robię zadał też pytanie w jakim spałem hotelu. No i przecież mu nie powiem że rozbiłem się namiotem w Kalkucie stojąc z nadzieją że nie zauważy że mam namiot przyczepiony do plecaka. Moja odpowiedz to „nazwy hotelu nie pamiętam, ale gdzieś w centrum” A tu kontra z jego strony „a po co ci namiot ?” I ten mój uśmiech skończonego idioty ;D Uśmiechnął się,a później zapytał dlaczego dałem bezdomnemu tyle rzeczy. W sumie to nie wiedziałem co powiedzieć rozśmieszyło mnie to bo zapytał jakby to było zakazane.I to był powód dla którego cofnął mnie z ulicy bo bardzo mu się to spodobało i dlatego bardzo chciał mnie poznać. A po tym i do mnie szczęście się uśmiechnęło! Z tego wszystkiego zaoferowali mi że mogłem pojechać pociągiem gdziekolwiek tylko chciałem,wystarczyło że podam miejscowość, a policjanci dopilnują żebym takowy bilet otrzymał.

Maroko-Medina

Mój plan odwiedzin Maroko ciągnął się już od dłuższego czasu i dwukrotnie odchodziłem od tego na rzecz innej podróży. Tym razem wybrałem się z Olą i mogliśmy razem przez tydzień zobaczyć choćby cząsteczkę Afryki. Docelowo udaliśmy się do Marrakeszu i spędziliśmy tam pierwsze dni. Mieszkaliśmy w dzielnicy zwaną Medina i miałem nieodparte wrażenie że znajduję się w Chińskim Kaszgarze w prowincji Sinciang. Dla mnie dosłownie wszystko przypominało tamto miejsce. Unoszący się wszędzie zapach przypraw,olejków oraz wąskie i specyficzne uliczki. Medina sama w sobie to labirynt, wystarczy zejść z głównej uliczki i kilku manewrach można na dobre stracić orientację. Najgorsze jest to że po skręceniu w dowolną uliczkę ukazuje się naszym oczom praktycznie podobny obraz jak chwilę wcześniej. Bez wątpienia ma to swój klimat i jeśli ma się sporo czasu i nie ma nic ciężkiego na plecach można się zanurzyć na wędrówkę po Medinie z pewnością będzie to nie mała przygoda.

Widok o poranku

Gdzieś w labiryncie uliczek w Medinie

W uliczkach Mediny można odetchnąć od tego gwaru który panuje od rana do wieczora na ulicach Marrakeszu a szczególnie w najbardziej popularnym miejscu na placu Dżamaa El Fina. 
Bardzo fajnie jest pochodzić tam późną nocą. Może to na pierwszy rzut oka nie wyglądać zachęcająco ale na własnej skórze sprawdziłem że nie ma co się bać ciemnych uliczek a klimat spaceru niezwykle specyficzny. Na przemian czuć zapach jedzenia i marihuany albo haszyszu bo nie ma co ukrywać ale jest to tam tak powszechne że spokojnie można nazwać to nieodłącznym elementem. Wystarczy przejść parę razy bez celu po placu i zawsze ktoś podejdzie dyskretnie z pytaniem hasz? hasz?

Sklepik z pieczywem

Jedna z głównych uliczek Mediny

Translate »